
Siedem powieści, cztery dramaty, jeden głośny esej. Do tego kilkadziesiąt drobniejszych, rozproszonych tekstów, głównie wystąpień, wspomnień i recenzji. Wywiadów udzielał rzadko, nieczęsto pojawiał się publicznie.
Mówił, że szanuje czytelników, ale nie chce ich zajmować swoją osobą. To nie pisarz jest ważny, ważne są jego dzieła, powtarzał. „Wszystko, co chciałem powiedzieć, jest w moich książkach”.
Mimo to na spotkaniach z nim zawsze zjawiały się tłumy, a po autograf ustawiały długie kolejki. Bywało, że czekający prosili o podpis na kilku tytułach, także starszych wydaniach, do których są przywiązani. Myśliwski po spotkaniu szedł zapalić, przez chwilę pomyśleć o czymś innym, a potem wracał, by usiąść przy stoliku i starannie wpisywać dedykacje. Mimo że był zmęczony, nie potrafił odmawiać.
Urodził się w Dwikozach koło Sandomierza. Jego dzieciństwo naznaczyły liczne przeprowadzki, do których Myśliwskich zmusiła zawierucha wojenna. Na pewien czas rodzina musiała się rozdzielić: matka z małym Wiesławem i urodzoną w czasie wojny Grażyną wróciła na wieś, a ojciec został w Starachowicach, gdzie pracował w fabryce.
Ojciec, weteran wojny polsko-bolszewickiej, chorował na serce; zmarł w lipcu 1945 roku, kiedy – jak mówił po latach syn – „nie wypadało już umierać”. Wiesław musiał pomóc matce w utrzymaniu rodziny, a jednocześnie zaczął naukę w liceum w Sandomierzu. „Młodość miałem smutną”, wspominał w jednym z wywiadów. „Jedynym sentymentem, jaki zachowałem do młodości, jest miłość”. Miał siedemnaście lat, kiedy na ulicy, w gronie koleżanek, zobaczył młodszą o rok Wacławę. Pomyślał: „Będzie moją żoną”. „Takie marzenie sobie rzuciłem i ono się spełniło”.
Zostali ze sobą na resztę życia. Razem poszli na polonistykę na KUL, choć wcześniej Wiesław zamierzał zostać inżynierem. Jeszcze na studiach udało mu się dostać pracę w Warszawie – w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. „Przyszedłem do wydawnictwa, które było straszne, ale byłem dobrze wykształcony, normalnie, a ludzie, którzy kończyli polonistykę na innych uniwersytetach, byli nasiąknięci marksizmem, teoriami realizmu socjalistycznego”, opowiadał. „Zobaczono, że przyszedł młody człowiek, nie ma jeszcze dwudziestu czterech lat, zna się na literaturze – robiłem wrażenie. W 1958 roku zaproponowano mi kierownictwo redakcji literatury współczesnej. Zacząłem robić rewolucję w wydawnictwie, drukować debiuty, zmobilizowałem grafików i książki były pięknie wydawane, zdobywały nagrody”.
Pisać zaczął w tajemnicy przed innymi, nawet przed najbliższymi przyjaciółmi, jak krytyk Henryk Bereza. Nad pierwszą powieścią pracował kilka lat, by następnie spalić jej wcześniejszą wersję i w kilka miesięcy napisać nową. Tak powstał Nagi sad, opublikowany w 1967 roku debiut, który zwrócił uwagę recenzentów i spodobał się czytelnikom. Osadzona w realiach wsi na wpół poetycka opowieść o miłości ojca i syna – rzeczywistej czy wykreowanej, to nie jest jasne – sprawiła, że pisarza od razu zaliczono do „nurtu chłopskiego”, który w tym czasie przeżywał swoje apogeum. Kilka lat później pojawił się Pałac, pisany już inaczej, w transie – może najbardziej ekstrawagancka ze wszystkich powieści Myśliwskiego.
Ją również odczytywano przede wszystkim według klucza społecznego, nie doceniając jej walorów formalnych i koncentrując się tylko na jednym z wielu wątków, które w opowieść bohatera wpisał autor. Niemniej, ugruntowała ona wysoką pozycję czterdziestoletniego już pisarza i zaostrzyła apetyt na kolejne książki.
Ale wtedy właśnie nastąpiła długa przerwa. I dopiero w 1984 Myśliwski opublikował trzecią powieść, Kamień na kamieniu, do dziś przez wielu uważaną za jego najważniejszą książkę. W monologu jej chłopskiego bohatera, Szymona Pietruszki, budującego na starość grób, w którym znalazłoby się miejsce dla całej jego rodziny, czytelniczki i czytelnicy z różnych środowisk – niekoniecznie tylko ci o chłopskich korzeniach – odnajdywali cząstkę siebie. Wydana w, zdawałoby się, niesprzyjającym czasie stała się nieoczekiwanie „książką niosącą pocieszenie, dodającą otuchy, mimo że przecież los Szymona jest nie do pozazdroszczenia”, mówił pisarz. Kamień… zachwycał też pod względem formalnym: ta wielowątkowa, meandrująca opowieść, napisana starannie stylizowaną polszczyzną, była jakby sumą wielu głosów, które bohater uwewnętrznił i spróbował zharmonizować.
To zresztą jedno z najważniejszych pytań, jakie stawiał od początku w swej twórczości Myśliwski: kim właściwie jesteśmy? Z czego zbudowany jest nasz świat? W jakim stopniu nasza opowieść jest naprawdę „nasza”? I w czym ta jej „naszość” miałaby się przejawiać?
Te pytania powróciły też przy lekturze kolejnych powieści, z których każda stawała się wydarzeniem. Najpierw w 1996 był opublikowany Widnokrąg – najsilniej oparty na wątkach osobistych, choć jednocześnie pełen tropów mających zmylić tych, którzy chcieliby go czytać jako literacką autobiografię. Potem był Traktat o łuskaniu fasoli, Ostatnie rozdanie – które miało być jego ostatnim słowem jako pisarza – i wreszcie Ucho Igielne, w którym znów wrócił do Sandomierza swojej młodości, a jednocześnie postanowił kolejny raz zabawić się powieściową formą. Po jej opublikowaniu Myśliwski oświadczył, że więcej już nie usiądzie przy stole, żeby pisać. Często powtarzał słowa żony: „Skończ już z tym, to cię za dużo kosztuje”.
Obsypany licznymi nagrodami i tłumaczony na wiele języków pisarz zarzekał się, że każdy jego utwór był dla niego zaskoczeniem. „Mimo że niewiele napisałem, czasem wydaje mi się, że za dużo. Ideałem byłoby napisać jedną książkę i zawrzeć w niej wszystko, na co człowieka stać”.
Kiedy czytelnicy na spotkaniach domagali się kolejnych powieści, bronił się, że on już nic nie musi i powoływał się na słowa, które usłyszał kiedyś od Juliana Przybosia: „Panie Wiesławie, pisarz, kiedy podejmuje zamiar napisania książki, powinien się zastanowić, czy na tę jego książkę warto będzie ściąć sosnę”.
Dwukrotnie nagrodzony Nagrodą Literacką „Nike” w 1997 za Widnokrąg i w 2007 roku za Traktat o łuskaniu fasoli. W 2005 roku odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. W 2012 roku odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Od 1971 roku członek ZAiKS-u. Od 2016 roku członek honorowy. Laureat Nagrody 100-lecia ZAiKS-u w 2018 roku.
*Tekst autorstwa Wojciecha Bonowicza ukazał się w nr. 33 „Wiadomości” ZAiKS-u z okazji urodzin autora. Aktualne opracowanie – redakcja.