
Obecność punk rocka w polskiej kulturze to fenomen. Wystarczy sobie przypomnieć bądź uświadomić jedną kwestię: ile osobistości kultury wolnej Polski przyznaje się do tego, że spotkanie z punkiem i postpunkową nową falą było dla nich doświadczeniem formatywnym.
Wspomnijmy chociażby o najważniejszych autorach rockowych piosenek, Lechu Janerce, Kaziku Staszewskim i Muńku Staszczyku – czy też pokoleniowych poetach Jacku Podsiadle i Marcinie Świetlickim. Od razu przychodzi do głowy niepokojąca myśl, że skoro za pośrednictwem wyżej wymienionych punkowy impuls, przenikał do świadomości rzesz rodaków, to co się z tym stało, co z tego zostało dziś? Ha! Temat wart odrębnego studium, ale nie w tym miejscu.
Ów polski fenomen w dużej mierze tłumaczy historia. Jakże przekonująca jest konstatacja ludzi, których młodość przypadła na epokę schyłkowego PRL-u, głosząca, iż bunt punka i późniejsza depresyjność Nowej Fali o wiele lepiej przystawały do rzeczywistości z a żelazną kurtyną niż do realiów Zachodu. Nie chodzi tu tylko o bunt w aspekcie społeczno-politycznym, ale też o pokoleniową zmianę warty, kiedy to gigantomania gwiazd lat 70. XX wieku ustępowała prostocie i spontaniczności.
W dziejach polskiej muzyki ten aspekt był szczególnie znaczący. Jakkolwiek istniało określenie „muzyka młodzieżowa”, to czy do tamtej pory rzeczywiście pojawiła się u nas muzyka przemawiająca do młodzieży jej własnym głosem i mówiąca o jej sprawach? Bigbitowy boom lat 60. z pewnością przyniósł wiele uroczych przebojów i gwiazdy dające radę jako substytut nowych trendów ze świata, ale była to twórczość sztuczna, ugrzeczniona i oderwana od życia, innymi słowy, na miarę PRL-u. Osobistości lat 70. z Ewą Demarczyk, Markiem Grechutą, Czesławem Niemenem czy SBB na czele oferowały sztukę na wysokim koturnie, którą wypadało podziwiać z pozycji kolan. Wraz z punkiem do młodych Polaków po raz pierwszy trafiła świadomość, że grać może każdy, a piosenka powinna się odnosić do tego co tu i teraz, w dodatku z krytycznym zacięciem. Koronnym przykładem utwory Kryzysu Telewizja i Mam dość.
Jeszcze jeden aspekt punkowego przewrotu, który za żelazną kurtyną nabrał szczególnego znaczenia, to etos DIY, czyli „zrób to sam”, wzywający do niezależnych, oddolnych inicjatyw. W realiach gospodarki niedoboru chodziło nie tylko o wydawanie własnym sumptem kaset i zinów, ale też budowanie gitar i przetworników dźwięku, eksperymenty z radiem w roli wzmacniacza czy wszelakie przeróbki garderoby na przekór szarzyźnie przysłowiowych „ortalionów” doby PRL-u.

Trzeba jednak pamiętać, że jeśli ktoś mówi o „muzycznym undergroundzie” w Polsce tamtej epoki, dokonuje zbyt daleko idącego, by nie rzec bałamutnego uproszczenia. Jeśli młody zespół szukał sali prób ze sprzętem albo możliwości publicznego występu, skazany był wyłącznie na placówki pozostające pod kontrolą państwa, kluby socjalistycznych studentów bądź domy kultury przy państwowych zakładach pracy. Tyle że w miejscach tych dawał o sobie znać fakt, że system oparty na centralnym zarządzaniu był w stanie demoralizacji i rozkładu. Polem działań dla zespołów o zdecydowanie nieprawomyślnym przekazie były szczeliny tegoż systemu, oficjalne instytucje, w których socjalistyczny działacz czy etatowy cenzor mieli wszystko gdzieś albo też, niezależnie od powagi urzędu, socjalistycznym działaczom imponowała znajomość z najfajniejszymi chłopakami z dzielnicy. Cenzura dociskała dopiero w przypadku piosenek nagrywanych dla potrzeb radia czy na płytę, zdarzały się wówczas sytuacje iście groteskowe, o czym poczytać można we wspomnieniach Muńka lub Kazika.
W Czechosłowacji muzycznych outsiderów skazywano na więzienie, w Związku Radzieckim najchętniej zamykano ich w szpitalach psychiatrycznych i szprycowano psychotropami, z kolei w Niemieckiej Republice Demokratycznej, jeśli zawiązywał się czteroosobowy zespół, to najprawdopodobniej dwóch przynajmniej jego członków było donosicielami Stasi.
W PRL-u nie odnotowujemy tak skrajnych przypadków. Stosowne służby bardziej interesowały się opozycją i Kościołem, na muzykę brakowało im uwagi, najwyraźniej nie doceniały jej wywrotowego potencjału. Zespoły sceny punk były jak najbardziej rewolucyjne, już z racji tego, że pokazywały, iż można wyglądać i myśleć inaczej niż reszta społeczeństwa, bądźmy jednak ostrożni z przypisywaniem im politycznego aktywizmu. Jak śpiewał Dezerter w Poronionej generacji: „Żadnego celu, żadnej przyszłości. Ani w partii, ani w Solidarności”.
Muzycy Brygady Kryzys i Dezertera opowiadali w wywiadach, że działaczy opozycji postrzegali jako polityków, którzy – choć stali w kontrze do znienawidzonej komuny – mentalnie byli tacy sami jak jej urzędnicy; dla punków polityka była czymś nieczystym, by nie rzec obrzydliwym. Niewybaczalna naiwność? Teraz, gdy wiemy, jak potoczyła się ewolucja obozu solidarnościowego, można docenić ich rozpoznanie. Konkretny przykład, gdy latem 1981 roku w karnawale Solidarności w Stoczni Gdańskiej odbywał się niezależny I Przegląd Piosenki Prawdziwej, zaproszono tam Brygadę Kryzys. Robert Brylewski wspominał, jak był zniesmaczony, gdy spotkał w kuluarach zionących wódą wąsatych wujów, doszło do konfliktu i zespół nie wystąpił na imprezie. W Europejskim Centrum Solidarności, na terenie Stoczni, można oglądać ekspozycję upamiętniającą tamten festiwal. Na archiwalnych zdjęciach widać Jacka Kaczmarskiego i Jana Pietrzaka – Brygada Kryzys miała nosa, by zawczasu wycofać się z grona tych skompromitowanych dziś indywiduów.

Początki polskiego punka giną w mrokach dziejów, na tyle przynajmniej, że nie sposób odpowiedzieć na ulubione pytanie publiczności: „Kto był pierwszy?”. Niby pierwszy był Walek Dzedzej, młody gniewny z gitarą, który – występując za co łaska w warszawskich przejściach podziemnych – szokował tak spojrzeniem spod wygolonych brwi, jaki i tekstami w rodzaju:
„Nie jestem w ZMS-ie,
Nie jestem w KOR-ze,
Nie jestem w partii,
Nie jestem, kurwa, niczym”.
Nie jestem tym, czym ty to pierwszy polski numer punk, tyle że Dzedzej, który był ponoć pierwszym polskim interpretatorem songów Boba Dylana, równie dobrze mógł uchodzić za uliczną puentę ruchu hipisowskiego. Jego punkowe wcielenie z 1978 roku, Walek Dzedzej Pank Band, to projekt stworzony i nazwany przez Macieja „Magurę” Góralskiego, aktywistę młodej warszawskiej sceny. Zaraz potem Dzedzej zniknął z Polski, dotarł do Nowego Jorku, gdzie zmarł przedwcześnie w 2006 roku.
Rok 1978 to moment, gdy w różnych częściach kraju pojawia się wysyp młodych zespołów grających nową muzykę. W Warszawie The Boors, rychło przemianowany na Kryzys, Tilt, Fornit, który dał początek Deuterowi. W Trójmieście Deadlock, PKS, Gary Hell. We Władysławowie Nocne Szczury, które w 1980 roku zasłynęły jako pierwsza punkowa grupa występująca na festiwalu w Jarocinie. W Ustrzykach Dolnych – KSU. Nie sposób dziś ustalić, kto był pierwszy w tym gronie. Inspiracji dostarczała muzyka słuchana z zagranicznych rozgłośni, płyty zdobywane na bazarach czy od rodziny z zagranicy i artykuły z komunistycznej prasy, które – piętnując dekadenckie zjawisko z Zachodu – w oczach żądnej wrażeń młodzieży nie mogły mu zrobić lepszej reklamy.
Z tymi początkami było różnie, bo niby słyszało się, że KSU powstało już w 1977 roku, ale po latach lider zespołu, Bohun, przyznawał, że najpierw był pomysł, potem sesja zdjęciowa w stosownym, przerażającym anturażu (ponoć skóry zdobyli w sklepie z odzieżą roboczą i ochronną w Sanoku), a dopiero potem zaczęła się praca nad muzyką. Zapisały się za to przełomowe wydarzenia w dziejach polskiego punk rocka. 1 kwietnia 1978 roku w stołecznym Remoncie zagrała grupa The Raincoats powiązana z londyńską załogą punkową. Występ, który był impulsem do działań dla warszawskiego środowiska, odbył się w ramach artystycznego festiwalu International Artists’ Meeting. Warto podkreślić wsparcie dla raczkującego punka ze strony środowiska awangardowych galerii, które w tamtym czasie opanowała fascynacja radykalnymi działaniami performance. Obecna w świecie sztuki praktyka dokumentowania ulotnych zdarzeń wspierała inicjatywy wydawania muzycznych kaset i zinów. Ciekawe, że trzon The Raincoats stanowiły trzy dziewczyny, ale to akurat nie bardzo przełożyło się na nasze realia. W pierwszej załodze za granie zabrały się tylko Pyza z Tiltu oraz Pola z Białych Wulkanów. Polski punk na długo miał pozostać chłopacką przygodą.
W dniach 8-10 sierpnia 1980 roku w Kołobrzegu odbył się I Ogólnopolski Przegląd Zespołów Rockowych Nowej Fali. Zagrali Deadlock, Fornit, Gary Hell i Psychodeliki, Kanał, Kryzys, KSU, Nocne Szczury, Poerocks i Tilt. Ponoć najlepszym przyjęciem cieszyło się KSU, które zagrało najbrutalniej. Imprezę zorganizował, korzystając ze studenckiego zaplecza, Andrzej „Amok” Turczynowicz, postać wyrastająca z hippisowskiej kontrkultury. Wymowne, że cztery dni po jej zakończeniu w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się strajk, który zmienił historię Polski.
Kolejne, studenckie, imprezy to I Przegląd Nowofalowych Grup Rockowych w Toruniu (w listopadzie 1980 roku) oraz Nowa Fala na Odrze we Wrocławiu (w czerwcu 1981), gdzie debiutował Klaus Mitffoch. Toruński przegląd organizowany w klubie Od Nowa do 1984 roku doczekał się pięciu edycji i był najważniejszym w kraju forum nowej muzyki, jeszcze zanim podbiła ona Jarocin. A jeśli chodzi o Jarocin, pierwszy punkowy zespół, Nocne Szczury, pojawił się na festiwalu, wówczas jeszcze zdominowanym przez Muzykę Młodej Generacji, w 1980 roku. Wielkopolska impreza szybko stała się główną areną dla pokoleniowego zrywu zbuntowanej muzyki i to niezależnie od tego, co twierdzą niektórzy – że miała służyć za wentyl bezpieczeństwa dla systemu. W latach 80. Jarocin i punk były w świadomości fanów tożsame, co oczywiście nie wyczerpywało bogactwa obecnej tam muzyki, oddawało jednakże ducha czasów.

Jarocińska epoka punk rocka trwała przeszło dekadę, przyniosła mu masową popularność i ukazała ewolucję gatunku. Wspomniane zespoły pierwszej fali punka miewały charakter inteligencki i artystowski, w swych flirtach z reggae i funkiem w gruncie rzeczy należały do estetyki postpunkowej. Podobnie jak to było w Anglii i Stanach Zjednoczonych, w początku lat 80. również w Polsce doszła do głosu druga fala, hardcore punk, bardziej brutalny i hałaśliwy. Szła z tym w parze zmiana image’u – stare marynary i prochowce zostały zastąpione przez skóry i pieszczochy, w modę weszły irokezy. Weterani jęli kręcić nosem, że dawną różnorodność zastąpiło zuniformizowanie. Najwybitniejsi reprezentanci to Abaddon, Dezerter, Moskwa, Rejestracja, Siekiera, WC. I wreszcie Armia, zespół, który nagrywając w 1990 monumentalną i uduchowioną „Legendę”, stworzył niezwykłą puentę dla chmurnego punka całej minionej dekady. Wspomnijmy jeszcze o wyjątkowej Śmierci Klinicznej, reprezentującej w latach 80. scenę z Gliwic, która zderzała punka, korzennego rock & rolla, reggae i free jazz. Dla każdego z tych zespołów występ w Jarocinie był istotny również z tego względu, że fani nagrywali ich koncerty, a kasety kopiowane w niekończących się łańcuszkach rozpowszechniały się po całym kraju. Zważywszy, że tylko nieliczni mieli szanse na oficjalne wydawnictwa, był to arcyważny proceder, przy okazji integrujący poszukujące środowiska.
Lata 90. wraz z postępującą transformacją ustrojową przyniosły wielkie zmiany również w kręgu punk rocka. Ciekawe, że to Dezerter, jak nikt inny z polskiego rocka, tak szybko i skrzętnie wykorzystał otwarcie granic i w latach 1989-92, koncertując głównie na squatach, zjeździł niemal całą Europę, dotarł też do Japonii. Rzecz działała też w drugą stronę – w 1991 roku, na moment przed triumfem w Stanach, odwiedzili Polskę Green Day, grając za piwo i zwrot kosztów, kto wie, czy nie najbardziej wstrząsającą w swej karierze trasę Gryfino-Bydgoszcz-Białystok.
W chaosie napierającego dzikiego kapitalizmu polski punk znów podbijał młode pokolenie. Można by rzec, że wrócił do korzeni określanych przez brak perspektyw, dyktowany już nie przez autorytarny system, ale o wiele bardziej bezwzględne reguły ekonomii. Chwilę ogólnopolskiej chwały przeżywał wywodzący się jeszcze z lat 80. punk z robotniczych dzielnic Wrocławia, z zespołem Sedes na czele. Refren ich największego przeboju „Wszyscy pokutujemy za to, że żyjemy” esencjonalnie puentuje nastroje tej fali. Wymowne były nazwy zespołów: Defekt Muzgó, Gluty z Kalkuty, Gównoprawda, Nauka o Gównie, itp. itd.
Świeżo upieczony polski biznes muzyczny do połowy lat 90. wypuszczał kilkadziesiąt punkowych kaset rocznie. Znalazło się miejsce na „Punkowe kolędy”. Dosadność tekstów i prostota muzyki sprawiły, iż zjawisku przyklejono pogardliwą łatkę „punko polo”. Swego promotora znalazły też zespoły w osobie Jerzego Owsiaka. Iście popowe kariery wyrosłe z punka stały się jednak udziałem takich grup jak Big Cyc, Piersi, Proletaryat i Pidżama Porno. A jeśli chodzi o „punko polo”, największą niespodziankę zgotował zespół Smar SW, który nagle zaczął nagrywać awangardowe wręcz fuzje punka i metalu.

Równolegle rozwijała się scena hardcore. Jej z kolei towarzyszyło etosowe zadęcie. Tu zaangażowanie stawało się ważniejsze niż muzyka coraz bardziej brnąca w schematy, co maskować miały etykietki w rodzaju „zakręcony jazzcore”, „anarcho crust” czy „straight edge Krishna hardcore”. No tak, postulujący moralną odnowę rock & rolla ruch straigh edge stał się modny wśród młodzieży z dobrych domów. Pełno tam było też sympatii dla anarchizmu. Scena stała się czymś pomiędzy harcerstwem a laboratorium przyszłości, bo też ziny, teksty piosenek i manifestów wprowadzały w szerszy obieg tematy praw zwierząt, ekologii, wegetarianizmu i weganizmu.
Forum oferowały nie tylko koncerty, ale też Giełdy Czadowe, które przez kilka lat odbywały się mniej lub bardziej regularne w kilkunastu miastach. Trzon stanowili m.in. Apatia, Inkwizycja, Schizma, SKTC, Złodzieje Rowerów, a największym ulubieńcem publiczności, bo wszak nie wypada napisać „gwiazdą”, stał się Post Regiment, gdzie objawiła się najlepsza wokalistka polskiego punka – Nika. Doszło do tego, że na rubieżach sceny pojawili się krytycy pozerstwa tejże sceny, czego kultowym okazem album Guernica Y Luno o zdradzającym ich publicystyczne zacięcie tytule „Wszystkie sztandary tak mocno już zostały splamione krwią i gównem, że najwyższy czas byłoby nie mieć żadnego. Wolność”.
Zjawiskiem samym w sobie była promowana pod skrzydłami szczecińskich wytwórni Rock & Roller i Jimmy Jazz scena streetpunkowa, gdzie mieszały się punk, rockabilly i ska. Zwróćmy też uwagę na zderzających punk ze ska i folkiem Alians czy hardcore z reggae Będzie Dobrze. Na tle tego wszystkiego najlepszą punkową odpowiedzią na dziwny, chaotyczny czas lat 90. okazała się płyta „Ombreola” Starych Singers, brudna i zwariowana, z absurdalnymi tekstami i niesłychaną energią. I jeszcze jedna ekscytująca osobliwość z przełomu wieków, równocześnie poetycka i awanturnicza twórczość 19 Wiosen, która nie bez podstaw bywała nazywana big bit punkiem, a innym razem synthpunkiem.
Pod koniec dekady, kiedy nastał ugruntowany neoliberalny porządek, a słuchacze wybrali techno i hip-hop, oba punkowe skrzydła zostały tak zmarginalizowane, że straciły swój rząd młodych dusz. Przy okazji – diagnozy, jakoby rap miał być nowym punkiem, okazały się nietrafne, to zupełnie inna mentalność. W nowym wieku punk bynajmniej nie umarł, płynie swoim niezależnym nurtem, oferując zainteresowanym pełen wachlarz brzmień i przesłań. Pozostały aktywne od kilkudziesięciu lat zespoły-fenomeny, nie tylko legendarny Dezerter, ale też lokalni bohaterowie, jak Analogs, Zielone Żabki, Psy Wojny, Po Prostu czy Farben Lehre. Działa koncertowa scena na squotach, odbywają się regularne festiwale z Ultra Chaos Piknik i Rock na Bagnie na czele. Dają o sobie znać specjalistyczne, niezależne wytwórnie płytowe, choć wymowne jest, że wśród ich premier większość to winylowe edycje nagrań archiwalnych. Ziny co prawda zanikły w ostatnich czasach, chlubnym wyjątkiem jest „Chaos w mojej głowie”, ostatni na tę chwilę numer 32/2025 liczy 274 strony, a w środku, obok wieści ze sceny „DIY hardcore punk”, m.in. ruch antyłowiecki, instrukcja jak przejść na system GNU/Linux i wywiad z załogantem z Indonezji. Im jednak mniej zinów, tym więcej książek; w ostatnich miesiącach ukazały się tak zdumiewające w swej dociekliwości pozycje jak Punkowa Zamojszczyzna 1983-2023 czy Nienormalne miasto. Opowieść o Gliwickiej Alternatywnej Scenie, a także Zapytaj milicjanta – powieściowy debiut tekściarza Dezertera, Krzysztofa Grabowskiego.
Najistotniejsze jest jednak pytanie: co z muzyką, czy dziś nie jest to po prostu odgrywanie dawno ustalonych kanonów? Odpowiedź brzmi: nie, jeśli wyłowimy rarytasy odsadzające peleton grania „tylko dla fanów gatunku”. W nowym wieku mieliśmy kilka kapitalnych przykładów, jak z punkowych impulsów rodziły się zjawiska oddziałujące szeroko, w aktualnych realiach. Przede wszystkim „Gore” kolektywu Ruta, gdzie znaleźli się Nika oraz wokaliści Dezertera i Moskwy. Mało kto pamięta, że te wydane w 2011 roku współczesne interpretacje ludowych pieśni „buntu i niedoli” były pierwszym symptomem wszechobecnego dziś zwrotu ludowego w polskiej kulturze. Wtedy w kilku miastach Polski koncerty Ruty były blokowane przez radnych PiS i Kościół. Przełom pierwszej i drugiej dekady objawił też aktywność nieformalnego wrocławsko-trójmiejskiego kolektywu, z którego wypączkowały m.in. formacje Kurws, Gówno, Pustostany i Ukryte Zalety Systemu. Ich lewicowy miejski aktywizm łączył się z na przemian śmieszną i drapieżną, tyleż artystowską co zaangażowaną, świeżą wariacją wokół punk rocka, nie bez echa free jazzu. I jeszcze utworzony w 2014 roku duet Siksa z charyzmatyczną Alex Freiheit na froncie, lokujący się pomiędzy sztuką performance a electro punkiem, którego zaangażowanie i wściekła energia odbiły się szerokim echem nawet w mainstreamowych mediach. To niejedyny przykład tego, że w nowym wieku kobiety weszły na pierwszą linię sceny; dodajmy jeszcze Pochwalone – zespół, który wyłonił się jako żeńska frakcja Ruty. Wreszcie rok 2025, gdy jednym z najlepszych polskich albumów był „Odwet” zespołu JAD. Płyta trwa ok. 20 minut, niewiele dłuższe są ich koncerty, bo też utwory rzadko trwają więcej niż 2 minuty, ale siła rażenia sprawia, że więcej nie trzeba. JAD, korzystając z lekcji punka i metalu, daje brawurowy ekstrakt rebelianckiego grania w sam raz na miarę obecnego tempa komunikacji. Tak samo z tekstami, które z całej tej tradycji wyfiltrowały to, co najważniejsze: walkę o godność człowieka. Jeśli tak ma brzmieć puenta na pół wieku punka w Polsce, możemy być dumni.
20 PŁYT POLSKIEGO PUNKA
Kryzys, „1978-81”, 2014
Tilt, „On The Border Line. Radio Sessions 1979-1980”, 2022
Deadlock, „Ambicja”, 1981
Deuter, „Ojczyzna blizna 1981-1988”, 2011
Śmierć Kliniczna, „Nienormalny świat 1982-84”, 2016
Siekiera, „Na wszystkich frontach świata. 1984”, 2008
Różni wykonawcy, „Fala”, 1985
Abaddon, „Wet za wet”, 1986
Dezerter, „Underground Out of Poland”, 1987
KSU, „Pod prąd”, 1988
Armia, „Legenda”, 1991
Post Regiment, „Post Regiment”, 1993
Alians, „Gavroche”, 1994
Smar SW, „Samobójstwo”, 1997
Guernica Y Luno, „Wszystkie sztandary tak mocno już zostały splamione krwią i gównem, że najwyższy czas byłoby nie mieć żadnego. Wolność”, 1997
Starzy Singers, „Ombreola”, 1997
19 Wiosen, „Pożegnanie ze światem”, 2011
RUTA, „Gore”, 2011
Siksa, „Stabat Mater Dolorosa”, 2018
JAD, „Odwet”, 2025