Nowy wymiar wolności

2.04.2026

Z Vito Bambino, piosenkarzem, tekściarzem, producentem i aktorem, rozmawia Krzysztof Nowak

Kiedy powstał Vito Bambino?
Bardziej zasadne byłoby jednak pytanie: dlaczego powstał?

A więc: dlaczego powstał?
Przede wszystkim chodziło o kwestie prawne. Pierwszy raz pomyślałem o pseudonimie, gdy nazwa „Bitamina” nie była jeszcze zastrzeżona. Podchodziłem z cichą nieufnością do działań naszego ówczesnego managera i wydawcy, więc chciałem zabezpieczyć interesy zespołu.

Wymyśliłeś sobie pseudonim zamiast zastrzec nazwę grupy? To pokrętna logika.
W tamtym momencie próby uregulowania kwestii nazwy mogłyby spowodować dwie rzeczy – niepokój reszty ekipy i zachęcenie wspomnianej osoby do wrogich ruchów. Ostatecznie nic złego się nie wydarzyło, ale kto wie, co by się stało, gdyby nie było drugiego tworu działającego szerzej niż ten pierwszy. Nie żałuję tego ruchu, choć sama ksywa wzięła się po części z przypadku. W 2018 roku ktoś nagrał unboxing płyty „Tango” Rasmentalismu, w której creditsach byłem wpisany jako „Vito Bitamina”. Dzieciak pomylił się i przeczytał mnie jako „Vito Bambino”, co mi się bardzo spodobało. Wiesz, byłem już po wydaniu „Placu zabaw” i „Kawalerki”, gdzie ten dziecięcy aspekt był namacalny. Do tego moja żona jest Sycylijką, więc wszystko złożyło się w całość.

Najpierw znany był jednak Mateusz Dopieralski, polsko-niemiecki aktor teatralny. To scena nauczyła cię kreowania postaci? 
Chyba bardziej prowadzenia koncertu. Dzięki niej jest mi łatwiej przejść w tryb czegoś na kształt stand-upu. Zastanawiam się jednak, czy czasami nie podchodzę teatralnie do występów, aktywnie myśląc, jak odrealnić i odsunąć postać od siebie. W końcu muzyka to też rodzaj aktorstwa, szczególnie, gdy zna się swoje ograniczenia. Wiem przecież, że nie będę mieć wokalu jak Maja Kleszcz czy Kuba Badach. Oczywiście próbuję śpiewać czysto, ale polegam na naturalności głosu. Ja naprawdę brzmię na scenie jak na płycie. Tak samo nieprofesjonalnie.

Ile trwało to twoje teatralne życie?
Cztery lata kształcenia się w Kolonii i potem siedem w zawodzie. Byłem jedną z zaledwie dwóch osób z uczelni, które pozostały przy graniu, co mnie nie dziwi. To trudna praca, bardzo zależna od czynników zewnętrznych. Przez ADHD najbardziej gryzło mnie to, że muszę czekać na pracę. To trochę się zmieniło, gdy dołożyłem filmy i seriale – ale tylko trochę. Był jeszcze jeden problem. Nawet główna rola w filmie była tylko niekonkretną obietnicą na przyszłość. Trochę zarobiłem, ale musiałem spłacać długi, więc pieniądze szybko się rozeszły. Wtedy też aktorstwo dało mi inną lekcję pokory.

Jaką?
Żeby dorobić, rozwoziłem pizzę. Podczas doręczania placka pewnej pani usłyszałem, że ogląda film, w którym wcielałem się w główną postać, czyli gangstera z rosyjskim akcentem. Widziałem zdziwienie na jej twarzy, ale go nie skomentowałem.

Piękna scena.
Tak, ale też pozwalająca skumać, że warto rozwijać się w innych dziedzinach artystycznych. A ja już działałem muzycznie od paru lat, tyle że na uboczu. Gdy piszesz, a potem nagrywasz, to masz kontrolę nad procesem twórczym. Tylko od ciebie zależy, czy chcesz jeszcze poczekać czy już coś wypuścić.

fot. Hubert Misiaczyk
fot. Hubert Misiaczyk

Podobno twoja kariera muzyczna zaczęła się w 2003 roku.
Kto tak twierdzi?

Mądrość zbiorowa zwana również Wikipedią.
Mogę się zgodzić, jeśli za początek uznamy to, że tata dał mi bodajże 100 euro na kupienie pustych płyt. Dzięki temu mogłem wypalić w nagrywarce materiał składający się z dziesięciu numerów. Wtedy powstał mój pierwszy pseudonim, czyli Denver. Sama płyta była po polsku, ale wtrącałem niemieckie zdania.

To wydaje mi się nielogiczne. Po co nagrywać niszowe rzeczy w Niemczech akurat po polsku?
Chodziło o strach. Byłem bardzo wrażliwym nastolatkiem, więc bałem się, że ktoś z niemieckiego osiedla mnie obśmieje i zrobi mi się przykro. Chciałem chronić mój zaczarowany świat, gdzie mogłem być raperem. Publicznie w Niemczech byłem aktorem. Z tego, co pamiętam, ten album przeszedł zupełnie niezauważony. Gdyby jednak ktoś z Polski mnie skrytykował, to tak bym tego nie odczuł, będąc na obczyźnie. Była to też próba zachowania łączności z moim rodzinnym krajem. Polski dowód wyrobiłem na osiemnaste urodziny, a następny projekt wydałem rok później. I jeszcze nie byłem jedynym Denverem w polskim rapie, bo taką ksywę miał też członek 834, jednego ze składów rapera VNM-a.

Brzmi to tak, jakby nagrana po polsku płyta „Kissin’ Like Hulk” z 2007 roku, zauważona przez niektórych w naszym rapie, była twoim osiemnastkowym postanowieniem.
Świetnie to odczytałeś. To była stylistycznie mocno niepolska jazda, bo równocześnie rapowałem i śpiewałem. Kluczem do stworzenia tego krążka była strona hip-hop.pl – dzięki niej zagadywałem bardziej znane osoby, z którymi chciałem coś stworzyć. Udało się namówić choćby legendarnego rapera Jimsona.

Pamiętam, że nie obyło się bez kontrowersji. Jimson zażądał usunięcia swojej zwrotki, bo nie przedstawiłeś mu ostatecznej wersji utworu Beton do zatwierdzenia.
Jego ostatnie zdanie do mnie brzmiało: „Jak cię zobaczę, to ci zrobię z ryja beton”. Puenta jest jednak miła. Zadzwoniłem do Jimsa po prawie 20 latach i dłużej sobie pogadaliśmy. Uznaliśmy, że obaj byliśmy jeszcze dzieciakami. Jest szansa, że niedługo wypuścimy nowy utwór.

W 2007 dałeś się również poznać jako producent, tyle że o pseudonimie Drumlinaz.
A w 2013 miałem nawet kilka bitów na albumie „HAOS” Ostrego i Hadesa, dzięki czemu dorobiłem się platynowej płyty. Tylko co z tego, skoro finansowo dało mi to dokładnie zero złotych?

Jak to?
Usłyszałem, że to przecież promocja mojej ksywy. I faktycznie nią była, ale dziękuję za taki deal. Po czasie przeszło mi wkurzenie, bo mam braki jako producent. Nie czytam nut, nie jestem instrumentalistą. Robiłem i robię wszystko na czuja, co czasem było widoczne w Bitaminie. Zdarzało się, że kładłem linię basową, a Moo Latte mówił: „Super, piękna ta melodia, tylko ten pierwszy dźwięk nie pasuje do drugiego”. Amar również wie dużo więcej niż ja, a do tego ma wspaniałą intuicję. Możliwe, że nie mam tego czegoś.

Wspomniana Bitamina powstała rzekomo w 2005. Trzeba było jednak poczekać prawie dekadę na wasz pierwszy materiał.
Prawdę mówiąc, ważniejszy był 2009. Wtedy odbyło się pierwsze spotkanie w Kaliszu u Piotrka Sibińskiego, znanego również jako Kot Karter, Wierszokleta i Piti. Powiedziałem mu, że mam producenta Amara, z którym chciałbym podziałać. Karter udostępnił nam studio, w którym mogliśmy siedzieć dzień i noc. Tak zawiązała się Bitamina. Podczas wydawania „Listów Janusza” w 2013 byliśmy jeszcze bardzo enigmatyczni, co przełożyło się na promocję. Materiał znalazł się na Bandcampie, a fizycznego wydania nie dało się kupić. Można było je tylko przypadkiem znaleźć. Zresztą egzemplarze nadal są pochowane w różnych miejscach i tylko Piti wie, gdzie jeszcze ich nie odnaleziono.

Po czym znowu trzeba było czekać – tym razem na ogólnopolski sukces. Była nim dopiero popularność singla Dom z albumu „Kawalerka” z 2017 roku.
Gdyby przyszedł szybciej, to podpisalibyśmy dużo gorsze umowy. A tak, skoro mieliśmy już doświadczenie, nasz pierwszy kontrakt był fair. Cieszę się, że swoje odczekaliśmy. Szybszy sukces sprawiłby, że albo bym już nie żył, albo bym miał jakieś sprawy w sądzie.

A kiedy Bitamina zaczęła cię uwierać?
Frustracja przyszła wtedy, gdy już sztucznie utrzymywaliśmy aurę enigmatyczności. Chłopaki stronili od wywiadów, a ja po nich zap***. Robiłem też inne rzeczy, próbując nas jeszcze bardziej wypromować. Kiedy reszta zespołu szła na backstage, ja godzinami podpisywałem płyty i pozowałem do zdjęć. Gdy docierałem za kulisy, moi koledzy byli już w hotelu. Ta sytuacja ciągle się powtarzała, a dzieliliśmy się po równo. Nikt się za bardzo nie wychylił, żeby powiedzieć: „Ty, Mati, robisz dużo więcej, więc może będziemy się trochę inaczej działkować”. A przecież jeszcze miałem trudniej logistycznie, bo przylatywałem na koncerty z Niemiec. Przez to zarabiałem najmniej, bo musiałem zamienić złote na euro i jeszcze to opodatkować.

Chyba nie da się tak długo żyć. 
Dlatego w końcu nie wytrzymałem. Trudno zatrzymać czołg, który gra prawie 100 koncertów rocznie, i powiedzieć: „Ciągle sypiam u kolegów na materacu, jestem bardziej eksponowany niż wy i potrzebuję przerwy”. Mam jednak do siebie żal, że nie umiałem wcześniej mówić głośno o swoich potrzebach.

Czyli jesteście pokłóceni?
Nie jesteśmy. Już parę lat temu zaczęliśmy rozmawiać szczerzej, dzięki czemu nadal się kochamy. Wiem, że ich postępowanie nie wynikało ze złej woli, a w sumie bardziej z moich dziwnych ustaleń.

Mimo to postawiłeś na solową karierę.
Chodziło również o skanalizowanie dodatkowej energii.

To o co jeszcze?
O kontrolę nad procesem twórczym, ale także postrzeganie mnie jako artysty. Piotrek miał ksywę Wierszokleta, więc dużo ludzi myślało, że to on pisze teksty Bitaminy, a ja je tylko śpiewam. A ja w życiu nie zaśpiewałem obcych słów. Tak samo było z bitami – ludzie sądzili, że to głównie Amar je tworzy, a przecież działaliśmy w duecie. Dzięki postawieniu na siebie odnalazłem zupełnie nowe wymiary wolności. Zespół składał się z grzecznych chłopaków, więc dużo radości dało mi robienie bardziej zadziornych rzeczy. Zacząłem kląć, pisać jeszcze bardziej realistycznie.

I zadebiutowałeś w 2020 roku, czyli w trakcie pandemii. Nie zazdroszczę.
Wiele osób straciło bliskich, więc głupio mówić o pandemii jako o czymś pozytywnym, ale jednak muszę. Rytm świata w tamtym momencie, czyli brak rytmu, był mi bardzo na rękę. Urodził mi się synek i mogłem siedzieć z nim codziennie przez pierwsze pół roku. Nie było koncertów ani spektakli. Przez spokój moja muzyka stała się prostsza. Było mniej łamańców i zanieczyszczeń, więcej długo gotowanego, esencjonalnego wywaru.

fot. Hubert Misiaczyk
fot. Hubert Misiaczyk

Mogłeś polegać głównie na sobie. Zastanawiałeś się jednak, gdzie byłbyś dziś, gdyby nie Ale jazz! sanah czy hymny Męskiego Grania?
Nie, ale zdaję sobie sprawę, że to były windy na szczyt rozpoznawalności. Długo żyłem w przekonaniu, że Ale jazz! nie powstałoby beze mnie. Później dowiedziałem się jednak, że miał być w nim Baranovsky. I też później uznałem, że to taki przebój, że poradziłby sobie bez mojej obecności. A Męskie Granie? To zawsze świetna praca kolektywna z czołowymi osobami sceny muzycznej.

I jeszcze wszedłeś z buta do mainstreamu. Dobrze w nim być?
Czy wszedłem? Tak jak zwykle w życiu osobistym – czuję się gdzieś pomiędzy. Bardzo miło zarabiać mainstreamowe stawki, ale nadal poruszać się w alternatywny sposób i współpracować z dwoma producentami, którzy znają mnie od podszewki. Biorę udział w dużych popowych projektach, po czym wracam do siebie na chawirę, zakładam laczki i palę papierosa. Bycie w głównym nurcie wiąże się głównie z tym, że pogodziłem się z byciem celebrytą. Nie obrażam się na to, że robię reklamy, skoro ktoś za nie dobrze płaci. Traktuję to tak jak dawne role aktorskie. Oczywiście wiem, że ciężko na to wszystko pracowałem, ale pamiętam, że spadło na mnie ogromne szczęście, za które jestem wdzięczny. Naprawdę nie ma wielu osób, dla których robienie tego, co się kocha, jest pracą, a nie wentylem bezpieczeństwa w codzienności.

A jednak dostałeś, jak to ująłeś w mediach społecznościowych, „plombę w ryj”. Pewnie nadal nie wspominasz najlepiej Fryderyków 2024.
Zaskoczę cię. Z perspektywy czasu uważam, że niedostanie żadnej statuetki ściągnęło mnie za ziemię i przypomniało mi, co jest ważne. Gdybym dostał na przykład siedem nagród, to mógłbym stać się bezgranicznie arogancki. Dziękuję niebiosom, że to się nie wydarzyło. Po gali rozmawiałem z Krzyśkiem Zalewskim, który powiedział: „Wrócił stary mistrz, nie mogliśmy kliknąć inaczej”. Przyznam, nie wiedziałem, że dla Polaków Lech Janerka jest kimś takim jak dla mnie Udo Lindenberg. Tylko wiesz, chodziło o projekt poświęcony mojemu tacie, wręcz ostatnią dużą laurkę dla niego. Moja wrażliwość widziała to tak: byłeś nominowany w edycji, w której nie oceniano muzyki, tylko status, więc to wszystko było po ch**.

Co jeszcze widziała?
Że wszystkie znaki na n iebie i ziemi mówią, że wyjdziesz z jakąś nagrodą. Że mama będzie to oglądać i w końcu jej powiesz, że bardzo jej dziękujesz, i tacie, za to, że pozwolili ci dorastać tak, jak dorastałeś. Że nie znosisz takich imprez, a jednak się pojawiłeś, więc po werdyktach masz poczucie, że się wewnętrznie sprzedałeś.

Sam sobie poradziłeś z tymi myślami?
Poszedłem na terapię, żeby wiedzieć, co takie emocje robią ze mną na różnych płaszczyznach i jak sobie z nimi radzić. Po wszystkim czułem się, jakby ktoś usunął mi branżowy nowotwór. To był przepiękny moment życia. Nagle jeszcze ważniejsze stały się dla mnie pełne sale, słuchalność w internecie i zaproszenia do featuringów.

Dostałeś nagrodę ZAiKS-u dla autora wybitnych tekstów. Jak na nią zareagowałeś?
Początkowo serdecznie za nią podziękowałem. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że jestem na bakier z nagrodami. Moje nastawienie zmieniło się, gdy dodano, że to także nagroda pieniężna (śmiech). Od razu wpadłem na pewien pomysł.

Jaki?
Chcę podzielić te pieniądze na mniejsze kawałeczki i zorganizować cykl o roboczej nazwie „Piątek poezji”. Ludzie, którzy na co dzień nie zajmują się pisaniem, staną się autorami, publikując zdania, które wymyślili i uważają za stymulujące. Dzięki temu razem z moimi słuchaczami i widzami stworzymy coś namacalnego.

Te refleksje zbiegły się z twoją przerwą muzyczną w 2025 roku.
Mimo tej świadomej przerwy ciągnęło mnie do studia. Numery, które wtedy powstały, nie miały w sobie strasznego smutku. Nie były bowiem obarczone śmiercią ojca czy innymi wielkimi wydarzeniami. Czuję, że przyszedł czas, by nagrać równocześnie dwa składające się z 10 utworów albumy.

Masz już na nie plan?
Jeden z nich wskrzesi Denvera, czyli będzie rapowy. Potrzebuję tego, jak czasem potrzebuje się joggingu. To na pewno zdarzy się w tym roku.

A drugi?
Opowiem o doświadczeniach Polonii.

Chyba długo się do tego zbierałeś, skoro od dawna mieszkasz w Polsce.
Nieprawda. Na dobre przeprowadziłem się z rodziną dopiero w 2023 roku. To solowa kariera pomogła mi pewniej poruszać się w języku polskim, przynajmniej w kwestii pisania. Jesteśmy tak pracowitą nacją, że gdy w Niemczech odchodzi Polak, to trzeba zatrudnić dwie osoby na jego stanowisko. Arbeitsmoral mamy w DNA, dlatego jesteśmy bardzo mile widziani. Nawet jeśli nasi rodacy są zmęczeni, ale muszą coś skończyć, to pokonają to zmęczenie i będą pracować kolektywnie dłużej, inaczej niż choćby Grecy. To oczywiście dowody anegdotyczne, ale jestem z nas dumny. Naszą etykę pracy zauważa też moja żona, która zresztą uważa, że wiele rzeczy działa w Polsce lepiej niż w Niemczech.

Wyglądasz na człowieka, który podsumowuje swoją karierę. Masz jeszcze w planach płytę „Pożegnalnia”?
Nieustająco. Ją też wydam.

Czy to dobry czas, by spytać: kiedy skończy się Vito Bambino?
Pożegnam się z nim na czterdziestkę, czyli za trzy lata, jeśli sytuacja finansowa i życiowa na to pozwoli. Mówię o tym z wyprzedzeniem, bo taki jestem. Rok przed roczną przerwą powiedziałem chłopakom z zespołu, że będą mieli wolne.

Czyli twój manager też zna już twoje plany?
Tak. Wie, że chcę wrócić do aktorstwa, a on może być moim reprezentantem w tej dziedzinie. Chciałbym grać i reżyserować. Mam wrażenie, że nigdy nie oddałem się w pełni temu fachowi, no i w ogóle nie działałem w nim w Polsce. Już w tym roku działam na planie filmowym, bo dostałem całkiem dużą, jaskrawą rolę. Za teatr się nie wezmę z powodu dykcji.

Wypaliłeś się muzycznie?
Raczej czuję spełnienie. Czasem wręcz nie kumam, dlaczego aż tyle szczęścia spłynęło na mnie i moją rodzinę. Warto założyć sobie limit, żeby nie rozsierdzić bogów. Najważniejszym powodem jest skupienie się na bliskich. Moje dzieci rosną, więc chcę być częściej w domu. Jestem rozsądnym facetem, nie kupuję sobie lamborghini, żeby nadrobić chudsze czasy dzieciństwa. Koncentruję się na zapewnieniu stabilnego bytu osobom, które kocham – także po moim odejściu.

Na muzycznej emeryturze pomogą ci tantiemy. Masz poczucie, że dobrze zadbałeś o tę kwestię?
Przyznam, że musiałem sobie odczarować w głowie ZAiKS. Początkowo sugerowałem się zdaniem raperów, którzy przez długie lata mówili, że to instytucja będąca ich wrogiem. Okazało się jednak, że po prostu ich tantiemy nie są duże, bo nie grają ich radia, nie mają innych pól eksploatacji i nie dbają o swoje prawa mechaniczne. Jak wiesz, często specjalnie wstawiam w swoje piosenki przekleństwa, żeby niszczyć swój airplay. Nie można więc powiedzieć, że robię wszystko dla tantiem. Nie ukrywam za to, że bardzo dbam o swoje sprawy prawne, gdy działam jako tekściarz w jakimś projekcie. Mam nawet taki wers: „Jestem na misji, chcę, żeby moje kartki żyły se z prowizji”. Zresztą o mocy dochodu pasywnego z muzyki przekonałem się podczas mojej rocznej przerwy. Moje „zaiksy” estradowe zostały na lodzie, bo nie koncertowałem, ale napisałem dużo numerów dla innych, którzy je wykonywali na scenie. W ogóle mam wrażenie, że udało mi się napisać dwa, trzy numery, które będą żyły wiecznie, więc i zawsze będą fajnym źródłem dochodu.

Nie boisz się, że z czasem, mimo działania w kinematografii, dopadnie cię nuda?
Może wtedy zacznę robić gliniane talerze albo znajdę inny równoległy pomysł na życie? Na przykład Amar jest rolnikiem, kiedyś robił sery, a teraz uprawia pomidory. Widzę, że jest szczęśliwy. Przyjaźniłem się ze Staszkiem Sojką, bo od razu mieliśmy szczery przelot, taki bez owijania w bawełnę. Kiedyś zapytałem: „Fajnie tak ciągle śpiewać?”. Chociaż kochał to, co robił, to odpowiedział, że życie weryfikuje, co jest ważne. Według niego na koniec dnia wszystkich interesują te same rzeczy, czyli rodzina i szczęście. Wierzę w to.

#wywiad
#Artykuł z kwartalnika