Czy muzyka staje się coraz smutniejsza? Modne ostatnio analizy danych dotyczących muzyki ujawniają rozmaite ciekawe trendy w tej dziedzinie kultury. Piosenki stają się coraz krótsze: w latach 90. trwały średnio ponad cztery minuty, obecnie bliżej im średnio do trzech, a coraz więcej widać tych dwuminutowych.
Stara muzyka wypiera w sieci nową, odpowiada już prawie za 80% słuchania, bo za sprawą streamingu zawsze jest dostępna – na półkach sklepowych miejsce dla niej było ograniczone. Z list przebojów zupełnie znikły utwory instrumentalne, a przecież u początków tego rankingu potrafiły zajmować połowę listy „Billboardu”. Nie ma też już niemal utworów zaczynających się porządnym intro, a kończących outro. Ani zmian tonacji, niegdyś wręcz irytująco powszechnych. Zniknęły też gdzieś zespoły, z muzyki pop całkiem wyparli je soliści i solistki, dobierający się co najwyżej w taktyczne „kolaboracje”.
Ale co z samym sednem piosenek, czyli ich treścią? To niemal równocześnie postanowili zbadać naukowcy z Uniwersytetu Wiedeńskiego oraz z tokijskiego Hitotsubashi University. Ci pierwsi przyglądali się utworom, które w latach 1973-2023 dostały się do pierwszej setki listy „Billboardu”. Przeanalizowali 20 000 piosenek, które odzwierciedlały nie tylko gusta Amerykanów – decydujących o kształcie zestawienia – ale także to, co grają silnie inspirujące się tym zestawieniem stacje radiowe na całym świecie. Japońscy badacze w identyczny sposób przyjrzeli się lokalnemu odpowiednikowi „Billboardu”, biorąc pod uwagę okres 1970–2019. Jednych i drugich interesowało to samo: jak na przestrzeni lat zmienił się nastrój popularnych piosenek. Doszli do podobnych wniosków – i przeżyli to samo zaskoczenie, o czym za chwilę.
Analiza tekstów przebojów z listy „Billboardu” przy użyciu sztucznej inteligencji (tzw. metoda przetwarzania języka naturalnego) wykazała, że z dekady na dekadę coraz więcej w nich określeń kojarzących się z lękiem, stresem, żalem itd., a coraz mniej związanych z radością, szczęściem, nadzieją. Także w przypadku muzyki japońskiej dostrzeżono rosnące nasycenie tekstów słowami sugerującymi niepokój, lęk, strach. I choć polskiej muzyki w taki sposób nie przebadano, nietrudno znaleźć przeboje z ostatnich dekad, z których bije pesymizm: od Kiedy powiem sobie dość O.N.A. i Długości dźwięku samotności Myslovitz przez Dobry moment Korteza („Widzę, jak cierpisz ze mną, nie mogę patrzeć, jak Cię ranię / Powinnaś odejść dawno, powinnaś sobie kogoś znaleźć”) aż po niedawną Balladę o Niej Darii Zawiałow („Kto pogłaszcze mnie po głowie? / Kto mi powie, że wybrałam źle? / Czy słyszysz mnie, kiedy płaczę?”). Oczywiście depresyjnych przebojów w rodzimej muzyce nigdy nie brakowało, ale równoważyły je tak pogodne hity jak Tyle słońca w całym mieście Anny Jantar czy Pod papugami Niemena.
O tej zmianie nastrojów pisze też w swojej nowej książce Uncharted Territory: What Numbers Tell Us about the Biggest Hit Songs and Ourselves (czyli o tym, co liczby mówią o największych przebojach i o nas samych) amerykański analityk danych muzycznych Chris Dalla Riva. Jak zauważa, z listy „Billboardu” niemal zupełnie znikły chociażby piosenki o małżeństwie, za to więcej tych o rozstaniach. Co więcej, obecnie goszczą na niej nawet utwory opowiadające o nastoletnich tragediach, cierpieniach psychicznych czy samobójstwie – coś w XX wieku praktycznie niespotykanego. Riva dodaje też, że już połowa przebojów utrzymana jest w tonacji molowej, którą zwykliśmy kojarzyć ze smutnymi utworami, podczas gdy kiedyś szlagiery durowe miały przytłaczającą przewagę.
Z czego to wszystko wynika? Zarówno znawcy z obu uczelni, jak i Riva łączą to pochmurnienie muzyki z szerszymi trendami społecznymi. „Wyniki badań są zbieżne z narastającymi współczynnikami depresji, lęku i stresu, odzwierciedlają także podobne trendy nasilania się negatywnego tonu w mediach oraz w książkach” – komentują wiedeńscy uczeni. „Gdy całe połacie muzyki popularnej obejmuje smutek, może warto się zastanowić, czy nie kryje się za tym jakaś poważna przyczyna” – dodaje Riva.
Za pogarszającymi się nastrojami utworów z list przebojów może jednak stać również inny, bardziej prozaiczny powód. Od zarania popu aż do czasów streamingu przeboje kojarzyły się z tym, co można było usłyszeć w radiu, na dyskotece, w galerii handlowej. Trudno w takich okolicznościach wyobrazić sobie piosenki (jawnie) traktujące o depresji czy samobójstwie.
Tymczasem obecnie „Billboard” czy rankingi serwisów streamingowych odzwierciedlają głównie to, czego miliony osób słuchają w zaciszu swoich sypialni albo przez słuchawki w trakcie podróży tramwajem.
W ten sposób windują na listach popularności utwory, które niekoniecznie kojarzą się ze słowem „przebój” i które w przestrzeni publicznej mogą się nawet nie pojawić. Oczywiście nie jest tak, że w czasach kaset czy płyt CD nie sięgaliśmy po ponurą muzykę. Po prostu nikt o tym nie wiedział, a na pewno tego nie notował. Obecnie każde kliknięcie się liczy.
Wróćmy jednak do badań, a konkretnie do wspomnianej niespodzianki. Otóż na wykresach smutku coraz bardziej przepełniającego pop pojawiły się krótkie wyrwy. Dotyczyły one momentów w historii, gdy wydarzały się... wielkie tragedie. „Co zaskakujące, wstrząsy społeczne w rodzaju pandemii Covid-19 nie amplifikowały tych wieloletnich trendów w muzyce, lecz przeciwnie: tłumiły je” – odkryli wiedeńscy badacze. Obserwacje tych z Tokio były identyczne. Zdaniem uczonych może to sugerować, że okresie trudów sięgamy po „muzykę emocjonalnie niespójną” z tym, co dzieje się wokół nas. Szukamy pocieszenia.
Skoki muzycznej pozytywności, choć trwające krócej, odnotowali także po zamachach terrorystycznych na World Trade Center z 11 września 2001 r., a w przypadku Japonii między innymi po wielkim trzęsieniu ziemi z 11 marca 2011 r. „Wzrost ofiar spowodowanych katastrofami poprzedzał wzrost pozytywnych emocji w tekstach przebojów. Być może świadczy to o jedności społeczeństwa w obliczu przeciwieństw” – komentowali optymistycznie Japończycy na łamach „Current Research in Ecological and Social Psychology”.
Choć ten aspekt ich badań przynosi pewną ulgę, trudno sobie życzyć kolejnych pandemii czy trzęsień ziemi, które miałyby nas uratować przed dalszym pogrążaniem się w odmętach muzycznej czerni. Można za to sięgnąć do jeszcze innych badań dotyczących tego, jak w ogóle działa na nas smutna muzyka, a temu przyjrzeli się między innymi naukowcy z brytyjskiego University of Kent. „Choć może to wydawać się paradoksem, smutna muzyka wykazuje potencjał poprawiania nastroju” – odkryli uczeni.
Czym to wytłumaczyć? Potencjalnych odpowiedzi pojawiło się już co najmniej kilka i wszystkie mogą być po części prawdziwe. Jedna hipoteza mówi o tym, że smutna muzyka daje wrażenie bycia zrozumianym, zmniejsza poczucie naszej samotności. Inna wskazuje na efekt katharsis, uwolnienie negatywnych emocji poprzez dobrnięcie do ściany. Czasem jej nostalgiczny charakter smutnych piosenek może też paradoksalnie przywodzić przyjemne wspomnienia z przeszłości i poprawiać nastrój, dawać nadzieję. Inne z wyjaśnień wskazuje na fizjologię: organizm na gorzkie bodźce reaguje wydzieleniem hormonów takich jak prolaktyna, które metodami biologicznymi pozytywnie wpływają na samopoczucie.
Na koniec warto jednak wspomnieć, że wszelkim tego rodzaju badaniom i rozważaniom towarzyszą wątpliwości dotyczące tego, czy da się w ogóle zdefiniować „smutną muzykę”. Nawet najbardziej zaawansowane modele sztucznej inteligencji nie są jeszcze w stanie wychwycić wszystkich dwuznaczności, metafor, ironii i innych zabiegów muzycznych tekściarzy. I znakomitym tego przykładem jest największy ubiegłoroczny przebój z listy „Billboardu”: Die with a Smile. Już w tytule widać emocjonalną niejednoznaczność, a w samej piosence Bruno Mars i Lady Gaga obiecują sobie, że nawet jeśli świat zmierza ku końcowi, nawet jeśli jutra nie będzie i przed nimi ostatnia noc, to zamierzają spędzić ją razem, w objęciach – i z uśmiechem na ustach.