Liczy się moment
Historia polskiej muzyki rozrywkowej zapisana jest dokonaniami artystów, którzy swym dziełem, talentem i osobowością zdołali poruszyć wrażliwość odbiorców. Ewa Bem bez wątpienia należy do tego grona. Jej charakterystyczny głos był i jest dla wielu synonimem muzycznej wrażliwości – czasem radośnie zadziornej, a czasem pełnej intymnej czułości.
Z jednej strony narzędziem, które pozwala artystce nadać piosence znamiona ponadczasowego przeboju, z drugiej zaś – sposobem myślenia o muzyce jako o wciągającej i ważnej dla obu stron rozmowie. To nie tylko „pierwsza dama polskiego jazzu”, jak piszą o niej recenzenci i krytycy. To artystka obdarzona intuicją twórczego łamania granic między pokoleniami. Wokalistka, której głos stał się naturalnym językiem porozumienia między jazzem, piosenką i codziennym doświadczaniem emocji.
Zaczynała w czasach, gdy jazz w Polsce był czymś więcej niż gatunkiem. Był przestrzenią wspólnoty i wolności, a klubowe spotkania na scenach Stodoły czy Hybryd miały w sobie więcej z artystycznego fermentu niż wyrachowanego popisu. Wzajemne inspiracje, ciekawość nowej muzyki, odwaga w próbach podejmowanych solo lub w dialogu z instrumentalistami. Właśnie tak – ucząc się świadomego korzystania z przekazanych jej przez naturę atutów – młoda Ewa kształtowała swój własny styl. Jego ostateczny obraz, który wszyscy rozpoznajemy już po pierwszych taktach, to mocny, obdarzony charakterystyczną barwą głos, pozbawione zbędnych ozdobników naturalne frazowanie oraz interpretacyjna prawda.

Pierwsze profesjonalne doświadczenia przychodzą w latach 70. wraz z powstaniem grupy Bemibek, działającej przy warszawskich Hybrydach. Zespół, którego filarami byli Ewa i jej brat Aleksander, stał się przestrzenią intensywnych eksperymentów stylistycznych. Jazz, blues, rock i bossa nova przenikały się naturalnie, bez potrzeby definiowania granic. Sukcesy formacji mierzone były rosnącą popularnością oraz wyróżnieniami na ważnych festiwalach (m.in. Jazz nad Odrą i Jazz Jamboree). To także czas zbierania cennych doświadczeń, budowania artystycznej pewności siebie i dojrzałości estradowej. Wielokrotnie podczas koncertów miała okazję przekonać się, że jakkolwiek technika wokalna jest ważna, to jednak zaufanie do zespołu oraz chwila, którą z nim wspólnie kreowała, są bez porównania ważniejsze. Niejedyna to „lekcja” z tych czasów – repertuar prezentowany przez Bemibek, obejmujący zarówno własne kompozycje, jak i interpretacje standardów jazzowych i rockowych, pozwolił Ewie uwierzyć, że jej muzyczna osobowość nie musi być ograniczana gatunkowymi etykietami.
Dlatego nikogo nie zaskoczył nagrany przez nią w 1981 roku solowy debiutancki album „Be a Man”, wydany w serii „Polish Jazz”. Zapisał się on w historii jako jedno z ważniejszych polskich wydawnictw jazzowych, a dla wokalistki był naturalnym etapem jej artystycznego rozwoju. Spotkaniem z muzykami, z którymi łączyło ją podobne wyobrażenie przestrzeni dźwiękowej. Biorący udział w tej sesji Andrzej Jagodziński wspominał, że podczas nagrań Ewa Bem rzadko domagała się poprawek. Jeśli coś nie brzmiało prawdziwie, wolała zupełnie zmienić interpretację, a nie poprawiać jakiś detal czy źle brzmiącą frazę.
W latach 80. i 90. Ewa Bem była już artystką w pełni ukształtowaną, dojrzałą i powszechnie rozpoznawalną. Kolejne nagrania zawierające repertuar popularny, interpretacje standardów jazzowych, album poświęcony Beatlesom – wszystkie artystyczne oblicza Ewy Bem dowodziły, że mamy do czynienia z artystką w pełni świadomą swojego miejsca i możliwości. Gdy śpiewa standardy, zawsze robi to bez cienia wtórności; gdy interpretuje piosenki Beatlesów, robi to „po swojemu”, zachowując godną podziwu estymę dla ponadczasowych melodii. Piosenki takie jak Żyj kolorowo, Kolega maj czy Moje serce to jest muzyk to ponadczasowe evergreeny, które weszły do zbiorowej pamięci, ale nigdy nie straciły swojej elegancji. Przyzwyczaiła publiczność do tego, że jej obecność na estradzie jest gwarancją spotkania z najwyższej jakości sztuką.
Zresztą jej koncerty nigdy nie mają charakteru artystycznego misterium. To spotkania, podczas których Ewa Bem zaprasza publiczność „do środka”. Rozmawia z nią, opowiada o muzyce, dialoguje. Oswaja ją z prawdziwą sztuką, stając się swoistą pośredniczką między światem muzyki a codziennością.
Podobnie współpracujący z nią muzycy podkreślają, że kooperacja z Ewą Bem jest doświadczeniem szczególnym – zawsze wymaga słuchania, reagowania i obecności „tu i teraz”. Nie toleruje powierzchowności, ale też nigdy nie stara się zdominować innych swoją silną osobowością. Jest liderką, ale też partnerką w procesie twórczym.
Ktoś kiedyś powiedział, że nie sposób wysłuchać choćby jednej piosenki w wykonaniu Ewy Bem, pozostając obojętnym. Śpiewa całą sobą – z jazzową wyobraźnią i popową intuicją. Może właśnie dlatego jej utwory tak długo pozostają w pamięci – nie tylko z powodu artystycznej perfekcji, ale też ze względu na zawartą w niej przestrzeń, w której każda nuta jest manifestacją wrażliwości, odwagi i szacunku dla słuchacza.