Wypełniona muzyką

12.09.2025

Kaśką Sochacką – wokalistką, autorką tekstów, kompozytorką – rozmawia Rafał Bryndal.

Na początek dość nietypowe pytanie jak na charakter naszego pisma. Grasz w Fantasy Premier League
Grałam jeszcze trzy lata temu. Nie szło mi najlepiej, choć czasem, gdy zapomniałam zmienić skład, to zdarzało mi się paradoksalnie zdobywać wiele punktów. Dziś już nie gram, brakuje mi czasu.

Zadałem to pytanie, bo wiem, że pasjonujesz się piłką. Kiedyś powiedziałaś, że gdybyś nie zajmowała się muzyką, to poświęciłabyś się karierze dziennikarsko-sportowej. 
Bardzo możliwe, że robiłabym coś związanego z piłką. Dla przykładu – dzisiejszy poranek spędziłam na analizach dotyczących przyszłego selekcjonera reprezentacji Polski.

Biorąc pod uwagę odniesienia do piłki nożnej, pomyślałem, że tytuł twojej ostatniej płyty „Ta druga” może się też odnosić do drugiej połowy meczu. 
(śmiech) Świetne skojarzenie. Przyznam, że taka interpretacja nie przyszła mi wcześniej do głowy.

Druga połowa, czyli gra do ostatniego gwizdka. Dla mnie jesteś cudownym przykładem tego, że do końca warto wierzyć w słuszność obranej drogi. 
Dziękuję.

Żeby to się ziściło, warto mieć dobry początek. Powiedz, jaki wpływ na twoją decyzję i na to, co robisz, miał dom, z którego się wywodzisz? Wiem, że tata grał na trąbce i na gitarze, a mama prowadziła zespół pieśni i tańca. Jak to wpłynęło na ciebie? 
Ogromnie. Muzyka była częścią naszej codzienności. Przybierała przez lata różne formy, ale cały czas była obecna. Zamiłowanie mojej mamy do folkloru i jej praca w Zespole Pieśni i Tańca Ziemia Kroczycka sprawiły, że razem ze starszym rodzeństwem partycypowaliśmy w tym projekcie, a ja sama trochę się zakochałam w melodyjności i prostocie ludowych pieśni i dziś niektórzy zauważają elementy folku w moich piosenkach.

fot. Kamil Szkopik
fot. Kamil Szkopik

Bycie częścią takiego zespołu uczy działania w kolektywie. To chyba ważne, żeby umieć słuchać innych, gdy się śpiewa w chórze.
Pewnie tak. W ZPiT było około 30 osób i każdy głos był tak samo ważny. Tworzyliśmy naprawdę zgraną paczkę. W zespole było wielu moich rówieśników, przyjaciół i znajomych, dla których to był po prostu sposób na spędzanie wspólnie czasu. Przez lata razem się wychowywaliśmy i co najpiękniejsze, aż do dziś, w różnych formach uczestniczymy w swoim życiu. Poza tym w zespole była prawie cała moja rodzina, więc to jeszcze więcej wspólnych wspomnień i historii.

Ale w tym czasie żyłaś nie tylko muzyką. Pisałaś też wiersze. 
Jakoś od zawsze mnie to pociągało – nie wiem dlaczego. Moja mama miała talent literacki. Nigdy nie został on jakoś szczególnie uwypuklony – po prostu wiem, że go miała. Prawdopodobnie po niej odziedziczyłam tę namiętność. Od najmłodszych lat pisałam wiersze, ale nie było w tym jakiegoś większego celu. To był mój sposób na wyrażanie emocji.

Podobno w pewnym momencie miałaś w szufladzie dwa tysiące tekstów. Kiedy połączyłaś muzykę z tekstem? Kiedy znalazłaś sposób, żeby wyrażać się poprzez piosenkę? 
Hm, bardzo ciekawe pytanie, bo pisanie piosenek i pisanie wierszy było dla mnie – przynajmniej przez jakiś czas – zupełnie osobnym procesem. Piosenki to piosenki, wiersze to wiersze. Ważnym momentem było spotkanie z Agatą Trafalską w 2019 roku. Najpierw Agata usłyszała moje piosenki pisane jak piosenki, a później, pewnego dnia odważyłam się podzielić się z nią piosenkami, które głównie powstawały z wierszy. Pamiętam, że byłam bardzo zawstydzona tym, że tak się odsłaniam. Bałam się. Agata powiedziała wtedy coś na kształt: „O nie, koleżanko, powinnaś pisać piosenki tak, jak piszesz swoje wiersze, bo świetnie piszesz”.

Wsparcie Agaty w tamtym momencie, jako autorki tekstów, którą bardzo ceniłam, pozwoliło mi wyjść z mojej strefy komfortu, zrobić ten krok i pokazać więcej swojej wrażliwości w piosenkach. A jedną z tych, które wtedy wysłałam Agacie, była na przykład Wiśnia.

Siłą twojej twórczości jest to, że jesteś prawdziwa i piszesz o tym, co cię dotyka, jesteś w tym autentyczna, nie udajesz. „Zresztą, nie chcę nic udawać” śpiewasz w piosence Ctrl+Alt+Del
Tak, na początku było to dla mnie bardzo trudne, żeby się tak w piosenkach odsłaniać, ale dziś czuję w tym swoją siłę. Jak piszę piosenkę, to myślę o tym, żeby ona mi coś „robiła”. Nie myślę, co będzie z nią dalej. Ważne jest tylko tu i teraz.

Robisz sobie autoterapię?
Chyba tak, po prostu robię piosenki dla siebie.

Tylko potem ludzie odnajdują w twoich tekstach coś własnego.
Ale nigdy na etapie pisania piosenki nie myślę o tym, co będzie z nią później. Nie umiem sobie wtedy nawet wyobrazić tego, że ktoś inny niż ja ją usłyszy. W momencie tworzenia jestem z nią sam na sam. To taka moja przyjaciółka, z którą rozmawiam.

Jak się czujesz z tym, że ludzie mówią o tobie, że jesteś piosenkową terapeutką? 
To bardzo miłe określenie. Dla mnie słowa zawsze były ważne. Cieszę się, że ludzie zwracają na nie uwagę, że nie tylko dobrze bawią się na koncertach, ale też coś przeżywają i że te słowa mają dla nich wartość terapeutyczną.

Dlatego twoje piosenki mają taką siłę. 
To jest naprawdę nieprawdopodobne, jaką rolę odgrywają w ludzkich życiach. Nie spodziewałam się tego. Mogę się tylko cieszyć, że mają taką wartość, nie tylko dla mnie, ale też dla kogoś innego.

Czy udział w programach typu talent show coś ci dał? Jak to oceniasz z perspektywy czasu? 
Studiowałam w tamtych czasach na Uniwersytecie Ekonomicznym i jednocześnie chodziłam do Krakowskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Miałam tam zajęcia ze świetną wokalistką jazzową – Beatą Przybytek. Pamiętam jeden szczególny dzień. Przerabiałyśmy jakiś kolejny standard jazzowy. W pewnym momencie pani Beata przestała grać i powiedziała: „Słuchaj, to nie może być tak, że ty będziesz tutaj przychodzić, będziemy sobie robić te standardy i tyle. Ty musisz coś ze sobą zrobić, dziewczyno. Musisz gdzieś iść, pokazać się światu, do jakiegoś talent show, gdziekolwiek”. To był ważny impuls.

Można powiedzieć, że autorytet? 
Zdecydowanie autorytet. Panie Beata pięknie śpiewa. Wtedy był to dla mnie ktoś z wielkiego świata – ktoś, kto mnie zauważył... Ostatecznie znalazłam się w programie Mam Talent. Usłyszałam tam wiele miłych słów, choć miałam z tyłu głowy, że to jest talent show, z naciskiem na show. Niemniej jednak to, że znalazłam się w finale programu, pozwoliło mi uwierzyć, że coś tam ze mnie może być.

To był bodziec? 
Myślę, że to było dla mnie wtedy ważne. Później poszłam do drugiego programu. Miałam już wtedy swoje piosenki, choć podstawową różnicą między tymi, które robię teraz, a tamtymi było to, że dziś tworzę piosenki sama, a kiedyś głównie opierałam się na pomysłach bardziej ode mnie doświadczonych muzyków, z którymi pracowałam. W tym drugim programie poznałam Józka (Paweł „Józek” Jóźwicki, założyciel wytwórni Jazzboy – przyp. red.) i podpisałam kontrakt płytowy. Mój ówczesny zespół i tamte piosenki nie przetrwały jednak próby czasu. Ja też byłam wtedy w momencie układania się ze sobą, po różnych doświadczeniach. Pewnego dnia postanowiłam, że chcę robić inną niż dotychczas muzykę. Wiedziałam jaką, tyle że nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak.

fot. Kamil Szkopik
fot. Kamil Szkopik

Każdy talent show, umówmy się, niepotrzebnie formatuje artystów. 
Ale ja właśnie dzięki tym wszystkim doświadczeniom zrozumiałam, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Kupiłam sobie program muzyczny, klawiaturę sterującą, jakieś wtyczki VST do tworzenia muzyki. W tamtym czasie pracowałam w Krakowie w firmie niezwiązanej z muzyką. Każdego dnia wracałam do domu, odpalałam komputer, włączałam sobie te wszystkie wtyczki i robiłam piosenki. Czasami kończyłam o trzeciej, czwartej nad ranem. Chodziłam spać na trzy, cztery godziny, żeby wstać, iść do pracy, wrócić i znowu robić piosenki. Byłam zdeterminowana, miałam w sobie upór, cierpliwość, ale przede wszystkim – niekończącą się miłość do tego wszystkiego, żywą podjarkę. A wtedy, umówmy się, naprawdę nikt nie czekał na moje piosenki. Mogłam przecież normalnie sypiać po nocach (śmiech). 

To piękny przykład dla wszystkich, by wierzyli w to, co robią. Jeśli masz pasję, to ona ci pomoże przetrwać wszystko. 
Nie miałam żadnej pewności, że to moje siedzenie do trzeciej, czwartej w nocy cokolwiek mi kiedyś w życiu przyniesie. Poświęcałam tym piosenkom cały swój wolny czas i energię. Byłam po prostu zakochana w tym, co robię… a może po prostu szalona. Później zwolniłam się z pracy, żeby tylko tworzyć. Wtedy to już na pewno byłam lekko szalona. Jedną z piosenek, która wtedy powstała, była Wiśnia – piosenka, dzięki której doszło do przełomu w moim życiu. Cieszę się, że sobie tutaj teraz siedzimy i możemy o tym tak rozmawiać. Patrzę sobię na tę dziewczynę sprzed lat i naprawdę dziękuję jej i gratuluję uporu, cierpliwości, pasji i pracowitości. Mam nadzieję, że to nigdy mi nie minie, ta dziecięca ekscytacja tworzeniem.

Ten czas nauczył cię pokory?
Wydaje mi się, że wiele doświadczeń w moim życiu nauczyło mnie pokory. Wiem, że wszystko ma swój moment. I wiem, że czasem trzeba przystanąć i złapać równowagę. To jest normalne. Jak zdamy sobie z tego sprawę, to naprawdę łatwiej jest przyjmować wszystko, co się w życiu dzieje.

Ale ważni są też ludzie. Jak masz zespół piłkarski, to musisz mieć zgrany team. Ty chyba miałaś szczęście do osób, które wybierałaś do współpracy. 
Miałam. Zespół, z którym się koncertuje po całej Polsce i przemierza tysiące kilometrów w busie, staje się siłą rzeczy taką drugą rodziną. Mam duże szczęście, że mogę czuć się z nimi swobodnie. Jakoś tak wyszło, że między nami kliknęło. Staram się o to, żeby każdy w mojej ekipie czuł się bezpiecznie, żeby czuł się ważny i zaopiekowany. Już przez te kilka lat naprawdę się siebie nauczyliśmy. Widzę, że wszyscy czujemy się w swoim towarzystwie bardzo swobodnie. I wzrusza mnie to. Przecież wiem, że nie będziemy całe życie jeździć razem tym busem, ale czuję ogromną wdzięczność i radość, że teraz możemy to robić, że mamy ten wspólny, fajny moment w życiu, który będziemy wspominać, bo przecież to oczywiste, że ten czas w jakiś sposób nas wszystkich na zawsze ukształtuje.

Z jednej strony ludzie dookoła ciebie, a z drugiej twoje teksty, z których wynika, że jesteś raczej introwertyczką, samotniczką melancholijnie nastawioną do życia. 
Muszę to pogodzić. Mam takie momenty, że jestem duszą towarzystwa, ale są i takie, w których najchętniej chciałabym być sama. Staram się znajdować na wszystko przestrzeń. Ale uwielbiam ludzi, kocham ludzi, ludzie są dla mnie energią w życiu.

Popularność sprawia, że przestajesz być anonimowa, musisz pogodzić życie zawodowe z osobistym. Masz na to jakiś sposób? 
Staram się o tym nie myśleć. Popularność nigdy nie była dla mnie bodźcem do robienia czegokolwiek. Wręcz się jej boję i od niej na każdym kroku stronię. Życie, które najmocniej nas definiuje, to życie, którego nie widać. Bardzo o nie dbam. Z niego czerpię najpiękniejsze rzeczy.

Pamiętasz swoją pierwszą piosenkę, którą wykonałaś publicznie? Jak to wspominasz?
Pamiętam. Ale to nie była jedna piosenka, tylko od razu kilka. Śpiewanie swoich utworów to zupełnie inna bajka. Pamiętam, gdy śpiewałam w krakowskich klubach – było głośno, lało się dużo piwa, a ludzie przychodzili głównie po to, żeby sobie posiedzieć i się napić. Nie interesował ich koncert. Ciężko się było przebić ze swoimi piosenkami, ale jeśli już się to udawało, to zapisywałam to po stronie sukcesów.

Ale też czułaś, że twoim powołaniem jest scena, chociaż nie gwiazdorstwo. 
Nigdy nie chciałam robić wokół siebie za dużo szumu. Ja tylko śpiewam piosenki.

Na początku też nie miałaś jakiegoś szczególnego parcia, żeby twoje piosenki były grane w radiu. Musiało minąć trochę czasu, zanim zaczęli je nadawać. 
Mówimy teraz o tych mainstreamowych radiach i o tak zwanych hitach? Nigdy nie próbowałam ich robić. Wręcz zawsze się ich bałam. Pamiętam moment, kiedy dowiedziałam się, że moja piosenka przeszła jakieś badania i że będzie puszczona w radiu. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale byłam naprawdę przerażona. Jakaś dziwna sprzeczność we mnie nastąpiła – z jednej strony – wow! To teraz naprawdę dużo ludzi usłyszy Szum. Fajnie. A z drugiej – o nie, tyle ludzi usłyszy mnie i Szum! Ale w efekcie nie było czego się bać. To był kamień milowy w moim życiu. Co nie zmienia faktu, że moja pierwsza reakcja była pełna strachu.

Powiedz mi, co rozwija twoją wrażliwość? Co cię inspiruje? Książki? Ludzie? Przyroda? 
Wszystko po trochu. Uwielbiam podróżować. Gdy tylko mam wolny czas, to kupuję bilety gdziekolwiek na jakieś dwa, trzy dni. Cieszę się, że w ogóle mam taką możliwość, trochę też taką pracę, która sprawia, że mogę sobie pozwolić raz na jakiś czas gdzieś polecieć i coś zobaczyć. A jak nie mogę, to lubię sobie oglądać vlogi podróżnicze i dowiadywać się o świecie, którego pewnie nie będzie mi dane nigdy tak dokładnie zobaczyć.

Nigdy nie mów „nigdy”. Myślałaś kiedykolwiek, że będziesz współpracować z Dawidem Podsiadłą? Macie wspólny minialbum „tylko haj”. Co ci dała praca z Dawidem i jak ją oceniasz? 
Dawid to jest postać, z którą każdy w Polsce chciałby współpracować. Miałam superszczęście, że z jakiegoś powodu on chciał współpracować właśnie ze mną. Spotkaliśmy się w tej sprawie wiosną 2024 roku i ustaliliśmy, że od wakacji zaczynamy działania. Zaczynając z Dawidem pracę nad „tylko haj”, byłam w zaawansowanym procesie tworzenia własnej płyty i te dwa albumy przez jakiś czas tworzyły się równocześnie. Finalnie Dawid troszkę musiał na mnie poczekać, ale jak już skończyłam „Tę drugą”, to od późnej jesieni zaczęliśmy solidnie zagęszczać ruchy. Pisaliśmy teksty i w międzyczasie spotkaliśmy się w studiu z Tobiasem Kuhnem, który jest producentem „tylko haj”. To było bardzo rozwijające i inspirujące doświadczenie. Dawid studiował w tamtym czasie w Pradze, więc dojeżdżał na niektóre weekendy. Jakoś staraliśmy się je zgrać z moimi zobowiązaniami, bo ja cały czas koncertowałam. Łapaliśmy się w tak zwanym przelocie. Jednocześnie każde spotkanie było bardzo owocne.

Cud, że wam się to udało. 
Tak, stworzyliśmy siedem piosenek, czyli prawie pełnoprawny album. Dodatkowo gramy te piosenki na festiwalu. Zostało nam jeszcze kilka występów. Cały czas też gram koncerty, bo ponad pół roku temu wydałam przecież swoją płytę. Dużo się dzieje.

fot. materiały promocyjne
fot. materiały promocyjne

Twoja druga płyta to wielki sukces. Dostałaś za nią Fryderyka w kategorii album pop. Zresztą to nie pierwszy twój Fryderyk.
„Ta druga” sporo mnie kosztowała. Przy pierwszej płycie jest trochę łatwiej, z zasady. Materiał na nią gromadziło się przecież całe życie, wszystko jest nowe, świeże i pełne podjarki. Z drugą wiążą się zewnętrzne oczekiwania tych, którzy tę pierwszą płytę pokochali. Słyszałam o tzw. klątwie drugiej płyty od wielu osób z branży. Starałam się, i wydaje mi się, że mi to wychodziło, odgrodzić się od ciśnienia, że druga płyta musi dorównać tej pierwszej albo ją przegonić. Kompletnie o tym nie myślałam. Robiłam po prostu piosenki i miałam naprawdę tylko jeden cel – żeby mi się podobały. Ale trudniej mi się nad nią już na samym finiszu pracowało, a raczej powinnam powiedzieć – trudniej mi się ją kończyło, co nie zmienia faktu, że druga płyta zawsze będzie dla mnie wyjątkowa. Nie wydawała mi się jednak tak melodyjna i przystępna dla słuchaczy. Żeby porządnie zarezonowała, „Ta druga” potrzebuje trochę więcej czasu, skupienia i chyba też – zapętlenia. Jest bardziej osobista. A okazało sie, że została uznana przez Akademię Fonograficzną za płytę pop roku… Patrząc na historię jej powstawania, wyjątkowo mnie to wzrusza.

Jesteś przed kolejną serią koncertów. Jak dbasz o swój głos? Co robisz, by fizycznie to wytrzymać? 
Staram się przede wszystkim wysypiać, co często nie jest łatwe. Nie wykonuję jednak specjalnych rozśpiewek. Uczyłam się śpiewać metodą speech level singing, która polega na tym, że śpiewa się tak, jak się mówi, więc to, co ja staram się robić przed koncertem, to dużo, dużo gadać. Wiem, że powinnam wykonywać ćwiczenia przed koncertami, ale jestem chyba zbyt leniwa. Niestety.

Ciągle pamiętasz te rady ze szkoły w Krakowie? 
Tak, ale też w międzyczasie byłam na rozmaitych szkoleniach, zrobiłam certyfikaty, myślałam nawet, że może zostanę nauczycielką śpiewu. Poznałam Doctor Vox, LaxVox i tak dalej. Sporo kiedyś z tym pracowałam, teraz mniej. Przez krótką chwilę uczyłam śpiewu i bardzo dużo mi to dało. Miałam poczucie, że zyskuję dużo wiekszą świadomość ciała.

Świadomość. Zostańmy przy tym słowie, bo jako że jest to wywiad dla „Wiadomości” ZAiKS-u, to muszę cię zapytać o świadomość twoich praw autorskich. Kiedy pojawiło się w twoim życiu coś takiego, jak prawo autorskie i ZAiKS? 
Lata temu, jeszcze w czasach studenckich i krakowskich. Kolega, z którym robiłam piosenki, powiedział: „Dobra, to teraz musimy to zgłosić”. Powiedziałam: „Ok, ale gdzie?”. Wyjaśnił mi, jak to wszystko powinno wyglądać. Pamiętam, że pokazał mi legitymację, którą miał. Rzucił, że jak się zapiszę do ZAiKS-u, to też taką dostanę. Pomyślałam – super, mam legitymację studencką, będę miała legitymację ZAiKS-u, zawsze to więcej poważnych rzeczy w portfelu (śmiech).

I dostałaś taką? 
Dostałam. Ale już jej nie mam.

Ja też pamiętam, że taką miałem, wtedy jeszcze były fortepianówki. 
Kumpel powiedział: „Ja zrobię fortepianówki, a ty spisz tekst”. No i dobra!

Chciałbym na koniec spytać cię o szczególny dla ciebie koncert. 
W styczniu zagrałam na Torwarze i nie ukrywam, że to był bardzo wyjątkowy koncert, trochę jak z filmu. Sporo się działo, nawet wysiadł prąd (śmiech). Mieliśmy konkretny pomysł na to, jak Torwar będzie wyglądał, chcieliśmy wizualnie zrealizować pewne rzeczy inaczej, niż to widzieliśmy gdziekolwiek i kiedykolwiek. Wszystko nam się udało. Jak wspomniałam, w pewnym momencie wysiadł prąd i przez jakąś krótką chwilę komunikowałam się z kilkoma tysiącami ludzi, mówiąc bez nagłośnienia ze sceny. A oni ? Byli cudowni. Znali piosenki, wyciągali latarki… Poza tym miałam przyjemność na tym koncercie wystąpić z moimi gośćmi – Arturem Rojkiem, Dawidem Podsiadłą, Kortezem i z Vito Bambino, czyli z panami, których uwielbiam i bardzo cenię.

Masz szczęście do takich pięknych momentów. 
W życiu trzeba mieć trochę szczęścia do wszystkiego. Ale myślę też, że umiem to szczęście dostrzec i docenić

Piękna puenta. Dziękuję ci, to była naprawdę przyjemność. 
Dziękuję wzajemnie.