Muzyka jest wehikułem zmiany, buntu, nierzadko politycznej rewolty. Wciąż jednak obowiązuje ogólna zasada: im więcej publicznej interwencji i rynkowych możliwości, tym mniej polityki w muzyce.
Morderstwo udające samobójstwo przy aprobacie władzy / W stołecznym ratuszu eksplodują szampany” – śpiewa zespół Komety w piosence Jestem Jolantą Brzeską. Ta opowieść z najnowszej historii Warszawy nie jest pierwszym utworem o obrończyni eksmitowanych mieszkańców, którą znaleziono w marcu 2011 roku martwą, prawdopodobnie zamordowaną (choć sprawców nie znaleziono). W 2016 roku śpiewał o niej Pablopavo. Jego To jest piosenka o różnych rzeczach śledziła cały proceder, z bohaterem ostatecznie skazanym za bezprawne działania związane z procederem skupowania roszczeń do budynków:
To jest piosenka o tym, jak się meldował
W mieszkaniu obcych ludzi, piłując zamki.
To jest piosenka o władzach Polski,
To jest piosenka o władzach Warszawy,
To jest piosenka o siedmiokrotnych czynszach,
O odcinaniu prądu i gazu.
To jest piosenka o polskiej policji,
Która uznała, że w życiu tak bywa.
To jest piosenka o prokuraturze,
Która porusza ustami jak ryba.
To jedne z nielicznych tak ostrych wypowiedzi autorów tekstów odnoszące się do policji, wymiaru sprawiedliwości, do lokalnej i centralnej władzy. Polska piosenka w ostatnich latach najpierw przeżyła krótkotrwałą fascynację światem zewnętrznym, z polityką włącznie, po czym odpłynęła w bezpieczniejsze rejony.
SKĄD WIEJE WIATR
Na światowych scenach atmosfera ciągle bywa niezwykle gorąca. Brytyjscy politycy apelowali na przykład, by z programu festiwalu w Glastonbury usunięto występ hip-hopowej grupy Kneecap z Irlandii Północnej. Jeden z jej członków został oskarżony o terroryzm po tym, jak na scenie wymachiwał flagą Hezbollahu w geście poparcia dla umierających Palestyńczyków. Festiwalowy występ formacji zamienił się w gigantyczną manifestację, a transmitująca koncerty telewizja BBC nie odważyła się pokazać go na żywo.
Pod względem temperatury ostatnie lata w polskiej piosence to z kolei gotowy materiał na opowieść o tym, jak się bunt rodzi i ginie na skutek częstych zmian wiatru. Zmiany związane były z wyborczym przesileniem roku 2015 – a ten sprawiał, że wszystko stawało się nagle polityczne. Nawet refren popowego przeboju W dobrą stronę Dawida Podsiadły. Był wrzesień 2015 roku, trwała kampania przed wyborami do parlamentu po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach prezydenckich, atmosfera była gęsta. Słowa „Pomalujemy twarz białym i czerwonym / Przecież doskonale wiesz – patrzymy tylko w dobrą stronę” wydawały się podszytym ironią stanowiskiem w wojnie polsko-polskiej.
Słowa Modern Holocaust Marii Peszek, inspirowanej spaleniem tęczy piosenki z 2016 roku, szły daleko: „Czego nie zniszczyli Hitler, Stalin / Czego ZOMO pałą nie zaje...ło / Czego nie dopalił oświęcimski piec / Polskiej nienawiści zeżre wściekły pies”. Ale nie było w tym prostego politycznego przekazu. Publiczność próbowała go za to wyczytać w kolejnej piosence, w której tworzenie zaangażowany był Podsiadło, tym razem z Krzysztofem Zalewskim i Kortezem, w ramach hymnu Męskiego Grania. „Ja nie chcę iść pod wiatr / Gdy wieje w dobrą stronę” – refren Początku (2018) zna każdy. Każdy też pamięta, jak wyrzucano – szczególnie Zalewskiemu, zapewne trochę zbyt lekko – że to pochwała konformizmu. Nie zmienia to faktu, że zmiana z 2015 roku trzy lata później była już światem, w którym zaczęto się urządzać, a piosenka powstająca na zamówienie browaru to nie najlepsze miejsce na krzyk buntu.
Pojedyncze głosy radykalnego sprzeciwu słychać było raczej po stronie reprezentantów starej sceny alternatywnej, choćby Pidżamy Porno, choć jej wypowiedzi brzmiały niemal równie ostro co przed laty polityczne teksty Pawła Kukiza (te zaprowadziły go ostatecznie do sejmu). Płyta „Sprzedawca jutra” (2019) zespołu Krzysztofa „Grabaża” Grabowskiego wydawała się efektem głębokiej frustracji rządami PiS, niosła czarno-białe frazy, na granicy odczłowieczania przeciwników politycznych: „Tłum ma napięte mięśnie, twarze ma kaprawe / Na swoich stopach noszą tylko oba buty prawe / Maszerują chu... w swej obłędnej defiladzie / Tak maszeruje hańba, tak maszeruje badziew” (Hokejowy zamek) albo w utworze Nie kukizuj miła: „Parszywi i Syfiaści”, „za mendą menda mędzą, we wszystkich rzędach bredzą”.
BUNT Z LAMUSA
Historia pozwalała też jednak omijać dosłowność. W tym samym czasie popularność zdobywała krakowska Hańba!, albo – w pełnym brzmieniu nazwy – Zbuntowana orkiestra podwórkowa „Hańba!”. Ten punkowy zespół wykorzystujący instrumenty i konwencje międzywojnia sięgnął po stare teksty, by opowiedzieć z grubsza o tym samym, co mówiła Peszek: zareagować na postawy skrajne, na rosnący nacjonalizm. Stąd na płycie „Będą bić!” (2017) Piosenka młodych faszystów do słów Leona Pasternaka czy napisane przez Juliana Tuwima Żyda bić oraz Hoży i świeży, ten ostatni o budzeniu się wczesnym rankiem od razu „z antypaństwowym okrzykiem” na ustach.
Aktualność odzyskiwały teksty zespołów pamiętających lata 80., choćby Kobranocki, która zresztą na zupełnie świeżym albumie „Nie bądźmy obojętni” (2022) zaproponowała cały pakiet aluzyjnych tekstów o politycznym zabarwieniu, choćby Barbarzyńcy się modlą („Opętani straceńcy / Kraj są w stanie poświęcić”). A podczas transmitowanego w TVP koncertu jej lider Andrzej Kraiński potrafił w roku 2016 o utworze Nikomu nie wolno się z tego śmiać powiedzieć: „Dwadzieścia lat temu nie przypuszczałem, że ten tekst nadal będzie aktualny”.
Historia przydawała się też, kiedy trzeba było wziąć jakiś utwór na sztandary wielotysięcznych manifestacji. Wtedy, poza skrojoną pod nie „ośmiogwiazdkową” taneczną propozycją Cypisa (na melodię Call On Me Erica Prydza), padło na wiecznie aktualne Jeszcze będzie przepięknie Tiltu (wykorzystywane m.in. w kampanii wyborczej Rafała Trzaskowskiego w 2020 roku) oraz na Kocham wolność Chłopców z Placu Broni. Piosenka przełomu roku 1989 ze słowami „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem” stała się też hymnem na nowe czasy. Ba, okazało się, że nieco zapomniana piosenka trafiła na pierwsze (2016), a potem na trzecie (2017) miejsce Polskiego Topu Wszech Czasów Programu Trzeciego Polskiego Radia.
Niebawem anteną radiowej Trójki wstrząsnął zresztą jeden z najpotężniejszych fenomenów piosenkowych ostatnich lat: Twój ból jest lepszy niż mój, niepozorny pandemiczny song weterana sceny alternatywnej Kazika, wywołał na antenie polityczną zawieruchę, doprowadził do cenzuralnej w charakterze interwencji na radiowej liście przebojów w maju 2020 roku, a w konsekwencji protestów załogi, rozłamu w zespole i powstania dwóch nowych stacji. Przy czym tekst nie niósł wcale krytyki systemu. Raczej zwracał uwagę na niekonsekwencje i na przywileje władzy, która może złamać własne zasady wprowadzone w pierwszej reakcji na pandemię. Owszem, tą władzą było akurat Prawo i Sprawiedliwość, ale można się domyślać, że Kazikowi chodziło nie o poglądy, tylko o sposób egzekwowania przepisów. A te – co bardzo istotne – ograniczały możliwość grania koncertów. Branża muzyczna była jedną z pierwszych, w jakie zakazy uderzyły, i jedną z ostatnich, które zostały od nich uwolnione. W tym sensie wybuch jakiegoś rodzaju sprzeciwu był oczywisty.
STRONY MI ZAMIENIĄ
Przez dwa pandemiczne sezony nagle przybyło więc wypowiedzi o politycznym, zaangażowanym charakterze. Symbolem stał się hit pierwszego lata pandemii, czyli Polskie tango Taco Hemingwaya: „Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym / W jakim kraju? Tym popier...nym / Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu / Czym zdobyta? Propagandą strachu”. Delikatniej w podobnym kierunku szła grupa Fisz Emade Tworzywo w utworze Mój kraj znika z płyty „Ballady i protesty” (2021). Postawa rządu w pandemii stała się nagle katalizatorem ostrych reakcji, także w zwykle stroniącym od politycznych wypowiedzi polskim hip-hopie. W dużo mocniejszym niż dwa poprzednie utwory Au Białasa i Sokoła ten pierwszy rapował tak: „Nie mogę zagrać koncertu, a oglądam jakiś na TVP1 (na żywo) / Dwa koła ludzi się bawi, a ja na kanapie sam wkur...ny siedzę (warzywo) / Albo polityczne wiece, brzydkie ryje bez maseczek / Wirus totalnie przestaje być groźny, jeżeli Bóg ma cię w opiece”. „Wielki koncern narodowy dla ojczyzny bierze w łapę” – dodawał Sokół. A na YouTubie komentowano: „I to jest prawdziwy rap, głos sprzeciwu wobec władzy i obecnego systemu. Więcej takich projektów!”.
Rap wyrażał bunt przeciwko represjom związanym z pandemią, rzadziej solidarność z czarnymi protestami i Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, choć bywały i takie przypadki – np. Szubienica Ronniego Ferrariego, łączącego dwa rodzaje protestów: „Czy to gastro czy rolnicy / Wszyscy jak na szubienicy / Wszyscy razem na ulicy krzyczą: Uuu! / Czy kobieta, czy mężczyzna / Głowa państwa temu winna”.
Z nurtem obrony praw kobiet związał się inny zespół punkowy – performerski, teatralny w środkach duet Siksa, który – założony w 2014 roku – szybko awansował do czołówki najbardziej kontrowersyjnie przyjmowanych zespołów muzycznych w Polsce. Na muzykę Alex Freiheit i Piotra Buratyńskiego reagowano z pełnym entuzjazmem lub wrogością. Trafiła idealnie w atmosferę protestów kobiet, zintensyfikowanych w 2020 roku po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy antyaborcyjnej. W monografii naukowej poświęconej polityce i muzyce („Mixing Pop and Politics. Political Dimensions of Popular Music in the 21st Century”, Routledge 2022) Artur Szarecki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu analizował ten przykład, opisując tę strategię zaangażowania jako „politykę cielesną”.
Z czasem jednak emocje opadały. Katarzyna Nosowska na płycie „Degrengolada” – w utworze Przytomna (2023) – odnosiła się z dystansem do czasów, w których oczekuje się zajmowania jakiegoś stanowiska w narodowym sporze: „Zasadniczo nie śpię / Boję się że we śnie / Strony mi zamienią / Prawą stronę z lewą / W miejsce serca wetkną / Kołek z transparentem”.
Wiatr po pandemii zmieniał się także z innego powodu: publiczna pomoc przyznawana przez rząd, Ministerstwo Kultury lub jego instytuty, wybawiała z finansowych tarapatów wielu artystów. Po raz pierwszy w takiej skali wsparciem objęto wykonawców z kręgu muzyki rozrywkowej. Słynny Fundusz Wsparcia Kultury, program o wartości ok. 400 mln zł, oferował wysokie rekompensaty także sławnym i zasobnym, którzy stracili przychody w wyniku pandemicznych obostrzeń – wśród nazwisk pojawiali się bracia Golcowie, była Beata Kozidrak, a nawet Sławomir Świerzyński z Bayer Full razem z żoną. Program ściągnął na ministra kultury wielką krytykę, ale pokazał też, że politycy mają coś do zaoferowania muzykom i tych ostatnich zaprosił tym samym do uprawiania polityki na własny użytek.
CZAS BURZY I OPORU
Tymczasem napięcie między obiema tymi sferami – reprezentujących kolejne generacje wykonawców muzycznych i broniących się przed zmianą polityków – od kilkudziesięciu lat było motorem napędowym sceny muzyki rozrywkowej, mniej zależnej od systemu grantów i dofinansowań niż muzyka poważna. Zmiana społeczna lub polityczna wydawała się przez dekady jednym z najważniejszych postulatów muzyki rozrywkowej. Od Billie Holiday, przez Boba Dylana i Johna Lennona, po Felę Kutiego – utwory muzyczne bywały protest songami postulującymi zerwanie ze status quo. A Barack Obama, obejmując w 2008 roku fotel prezydenta USA, nie bez przyczyny użył hasła „Do Ameryki wkroczyła zmiana” („Change has come to America”). Jak przypomina Dorian Lynskey w książce 33 Revolutions per Minute, była to prosta parafraza refrenu piosenki A Change Is Gonna Come Sama Cooke’a. W podtekście: docieramy do końca historii, skoro hasło ruchu praw obywatelskich wraca jako slogan urzędującego prezydenta.
Muzyka pozostała jednak wehikułem zmian i narzędziem walki, tylko gdzie indziej. Dave Randall, gość specjalny zakończonego niedawno Music Week Poland, autor książki Sound System: The Political Power of Music, opowiadał o arabskiej wiośnie, podczas której muzyka nie była tylko ścieżką dźwiękową rozruchów, ale ich aktywną uczestniczką. Ba, jeden z protestantów i miejscowych postaci świata muzyki, Ibrahim Qashoush, zapłacił najwyższą cenę podczas manifestacji przeciwko reżimowi Baszara el-Asada w Syrii. Ciało wykonawcy piosenki Yalla irhal ya Bashar (Baszar, odejdź) znaleziono w 2011 roku w rzece Orontes, z poderżniętym gardłem i wyciętymi strunami głosowymi.
Najnowsza, wydana w tym roku książka Popular Music and the Rise of Populism in Europe pod redakcją Mario Dunkela i Melanie Schiller próbuje to napięcie i tę temperaturę odnaleźć bliżej nas. Autorzy tekstów przekonują, że z kulturą popularną łączy się nie hipisowska czy punkowa rebelia, ale nowoczesny populizm. Sięgają po przykład Andreasa Gabaliera, którego koncerty potrafią wypełniać stadiony, a który sympatyzuje z Wolnościową Partią Austrii, ugrupowaniem skrajnej prawicy. Gabalier zdobył muzyczną sławę i polityczny kapitał m.in. na takich gestach jak A Meinung haben, piosence przeciwstawiającej się zmianie w słowach austriackiego hymnu, do którego tekstu obok „wielkich synów” dopisano „wielkie córki”.
Badacze przywoływani w książce opisywali historie różnych populistycznych ugrupowań. Ciekawy jest przykład komika Beppa Grillo i jego Ruchu Pięciu Gwiazd. „Sam Grillo pisał piosenki, wykonywał je na manifestacjach, a nawet organizował festiwale muzyczne w rodzaju Woodstock 5 Stelle, który służył nie tylko jako forma mobilizacji zwolenników jego partii, ale też tworzył wrażenie, że ugrupowanie to było w istocie oddolnym ruchem”. Dokładnie omówiony jest też przykład Węgier Viktora Orbána, który uzależnił rynek muzyczny ekonomicznie i infrastrukturalnie od swojego reżimu za sprawą zamówień, sponsoringów, nagród i grantów. Dzięki temu w popowym mainstreamie pojawiły się istotne dla narracji prawicowego ugrupowania Orbána tematy: ojczyzna, naród i rodzina. I tu chodziło o wprowadzenie myśli populistycznej do mainstreamu.

Mieliśmy i w Polsce do czynienia z węgierskim przykładem. W sierpniu 2020 roku na 100. rocznicę Bitwy Warszawskiej w stołecznym CSW Zamek Ujazdowski miał się odbyć koncert zespołu Hungarica, którego członkowie reprezentowali postawy nacjonalistyczne i rewizjonistyczne, miewali nawet neofaszystowskie koneksje. Ostatecznie występ został odwołany, ale polska publiczność dowiedziała się o tym, że na Węgrzech narodowa scena rockowa i metalowa o jednoznacznie politycznym charakterze zdobyła dużą popularność.
Narzędziem polityki bywały najczęściej tradycyjne style muzyki popularnej, takie jak niemiecki nurt Schlager. „W Polsce Prawo i Sprawiedliwość aktywnie wspiera i promuje nurt disco polo, uważany za kulturę niskich lotów, wykorzystując charakterystyczną dla tego gatunku autentyczność do podkreślenia bycia po stronie prawdziwych Polaków” – czytamy w książce Popular Music and the Rise of Populism in Europe.
To ostatnie okazało się być może dobrą informacją: disco polo, przy wszelkich zastrzeżeniach, jakie można mieć do tego nurtu, jest z natury tak gładkie, że trudno je zaprząc do zmiany czyjegokolwiek światopoglądu. A w Polsce przy próbie zmiany systemu opór pojawił się nawet w popowym mainstreamie. W 2017 roku w atmosferze skandalu zaczęli się wycofywać wykonawcy zaproszeni na Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu: Kayah, Andrzej Piaseczny, Michał Szpak, a także cytowana tu Katarzyna Nosowska. Powodem była polityka nadawcy publicznego TVP z jego prezesem Jackiem Kurskim oraz światopoglądowe podziały, tak głębokie, że dotykały środowiska uważanego zwykle za apolityczne.
Ostatnie dwa sezony pozostają wyjątkowo stonowane pod względem reprezentowanych na scenie muzycznej nastrojów. A jeśli wizja rewolucyjna, którą postulowała muzyka rozrywkowa, zdążyła się zrealizować i żyjemy w czasach kontrrewolucji, to trudno wskazać w Polsce muzycznych bohaterów tego ruchu. Poza gotowym na współpracę z każdym Zenkiem Martyniukiem, który oszalał przez czyjeś zielone oczy, trudno było u nas znaleźć twarz kontrrewolucji.