Trzeba wiedzieć, o czym się śpiewa

30.05.2025

Z Mrozem, piosenkarzem, producentem muzycznym, kompozytorem i autorem tekstów, rozmawia Rafał Bryndal.

 

Kiedy próbowałem umówić się z tobą na wywiad, kontaktowałem się jednocześnie z człowiekiem, który miał przywieźć mi kanapę. W pewnym momencie pomyliłem numery telefonów i zadzwoniłem do ciebie z pretensjami, dlaczego wciąż nie ma kanapy. Od razu wszedłeś w rolę i zacząłeś mi tłumaczyć, że jest zima, pada śnieg i utknąłeś w zaspie. Byłeś w tym tak przekonujący, że ci uwierzyłem. Dopiero gdy się rozłączyłem, zrozumiałem, że pomyliłem numery.
Zawsze staram się dostosować do sytuacji. Wydawało mi się, że chcesz zacząć tę rozmowę od jakiegoś dobrego żartu, więc stałem się „kurierem”. Twoja konsternacja bardzo mnie rozbawiła.

 

Byłeś bardzo wiarygodny! Później przypomniałem sobie, że kończyłeś liceum o profilu aktorskim. 
Tak, w liceum chodziłem do klasy o profilu teatralnym. Wybrałem tę szkołę podczas targów edukacyjnych, które odbywały się w Hali Ludowej. Znalazłem stoisko, przy którym byli fajni, kolorowi ludzie, uśmiechnięciu i tacy… charyzmatyczni. Z tego, co mówili, to w tej szkole miało być sporo śpiewania i zajęć z muzyki. To mnie skusiło, bo już wtedy coś we mnie muzycznie kiełkowało.

 

Jak to się przejawiało? 
Miałem już swój pierwszy keyboard, który nawet nauczyłem się podłączać do komputera! Miałem też mikrofon, takie raczej badziewie, które dołączali do kursów języka angielskiego, ale od biedy mogłem jakoś rejestrować głos. Podstawą był keyboard, który był moim marzeniem. Dostałem go w gimnazjum. Nie chodziłem do żadnej szkoły muzycznej. Sam się nauczyłem grać. Tata kupował mi książeczki z cyklu „Zagraj to sam”. Z nich poznałem akordy i uczyłem się pierwszych rozwiązań harmonicznych.

Potem, już liceum, miałem rozkochanego w bossanowach nauczyciela od muzyki. Grał na gitarze kawałki jazzowe i komponował. Dużo się od niego nauczyłem. Poza tym moja szkoła była imienia Agnieszki Osieckiej, więc sam przyznasz, że to zobowiązuje.

fot. Marta Kacprzak
fot. Marta Kacprzak

Skąd się wzięła u ciebie miłość do muzyki rhythm and blues, soulu i funku? 
Myślę, że sprawiła to domowa kolekcja winyli mojego taty. Taka muzyka grała zazwyczaj w naszym domu, w jednym z wrocławskich bloków na osiedlu Gaj Krzyki. Płyty były ustawione w meblościance. Jako dziecko byłem nimi zafascynowany.

 

Pamiętasz jakiś wyróżniający się kawałek z tamtego okresu? Taki, który utkwił ci szczególnie w głowie?
Pamiętam, że moją ulubioną płytą wtedy był „Thriller” Michaela Jacksona. Pamiętam też, jak tata zawsze delikatnie kładł igłę, żeby nie porysować płyty. Ja też na to bardzo uważałem. Bardzo często puszczałem ten winyl i od razu wpadałem w lekki trans.

 

Rozumiem, że śpiewałeś i tańczyłeś jak Jackson…
Oczywiście! Wyobrażałem sobie, że nim jestem. Wstydziłem się trochę przed rodzicami, więc zamykałem się w pokoju, zasłaniałem zasłony, migały dyskotekowe lampki i wybrzmiewała fantastyczna muzyka. Bogactwo rytmu, instrumentów, to była pierwsza płyta, która zrobiła na mnie tak duże wrażenie.

 

Z tego, co mówisz, ważną postacią w tym wszystkim był twój tata.
To prawda. Mój tata miał coś z melomana. Był entuzjastą każdego rodzaju sztuki. Pokazywał mi inne światy, poszerzał moje horyzonty. Polecał dobre filmy, zachęcał do czytania książek. Razem chodziliśmy do muzeum i galerii. Dał mi kiedyś książkę o tym jak rysować, a potem kupił mi węgiel do rysowania. Rozwijał moją kreatywność i podgrzewał moje muzyczne pasje. Dzięki niemu poznałem Blues Brothers i zacząłem słuchać Czesława Niemena. Wskazywał mi dobre wzorce. Cieszył się z mojego zapału, chociaż później, jak zacząłem się zajmować muzyką w domu, to już nie był taki zadowolony (śmiech). Mówił, że rzępolę, ciągle słyszał „hałas”. Rozumiem, że na początku mogło to być uciążliwe. Zawsze jednak mnie we wszystkim wspierał, tak jak wspiera mnie od zawsze moja rodzina, a w szczególności moja mama, na którą zawszę mogę liczyć.

Taty już z nami nie ma, ale zdążył posłuchać kilku moich płyt i powiedzieć, że jest ze mnie dumny. Nie dożył do moich największych sukcesów, po płycie „Złote bloki”, ale cieszę się, że te najważniejsze słowa od niego usłyszałem.

 

Ale do twoich sukcesów sportowych podchodził z dystansem.
Gdy w pewnym momencie – zresztą jak każdy chłopak – miałem dość dużą zajawkę na piłkę nożną, on tylko raz pojawił się na meczu.

 

Czyżby sport stał się wtedy ważniejszy od muzyki?
Tak, słuchałem muzyki tylko dla przyjemności. W wolnych chwilach lubiłem sobie dla zabawy pograć na keyboardzie i nic więcej. Koledzy z podwórka wkręcili mnie w sport. Nie miałem wtedy wokół siebie osób, które zajmowały się muzyką. Dopiero potem, jak pojawił się hip-hop, to osiedla zaczęły rymować, robić beaty i nagrywać coś w domu. Gdy ja dorastałem, liczyła się tylko piłka nożna. Zacząłem trenować, najpierw w drużynie Ślęza Wrocław, a potem trafiłem do zespołu Wratislavia Wrocław. Tam kilka lat stałem na bramce. Sprawiało mi to dużą frajdę, że mogę poświęcać się dla drużyny. Miałem refleks, nie bałem się akcji sam na sam, lubiłem wejść na całego w przeciwnika. W bramce czułem się pewnie i nawet odnosiłem sukcesy. Dostałem kilka pucharów dla najlepszego bramkarza. Tylko potem, gdy wszyscy zaczęliśmy dojrzewać, moi rówieśnicy rośli, to ja niestety się zatrzymałem z tym wzrostem. Kolejny trener wybierał do składu oczywiście wyższego bramkarza. Przestało mnie to bawić i na szczęście wróciła zajawka na muzykę.

No i byłeś już w liceum, w którym mogłeś się muzycznie realizować. 
Zawsze dużo uczę się od ludzi, z którymi się z rozmaitych względów stykam. Lubię, gdy ktoś mnie czymś zainspiruje, coś mi pokaże. W liceum było akurat parę osób po szkołach muzycznych i mogłem podpatrzeć u nich wiele rzeczy. Zrozumiałem tam, co to jest tercja, kwarta i kwinta. Dowiedziałem się, że jest coś takiego jak śpiewanie na głosy, doceniałem to. Śpiewałem w chórach, chociaż nie jestem w tym super dobry. Zobaczyłem też, jak powinno wyglądać mniej więcej zachowanie na scenie. Jaka z perspektywy widza jest percepcja tego, co się dzieje na scenie. Pan od teatru mówił, że jeżeli ktoś mówi monolog, a z tyłu ktoś się drapie po głowie, to wszyscy będą patrzeć na tę osobę i zastanawiać się, czemu ona się drapie po głowie. Nikt nie będzie zwracał uwagi na monolog.

 

Zakładam, że te wszystkie rady przydały się później, gdy już miałeś swój zespół i zacząłeś koncertować.
Oczywiście. Uczulam ich na to, że jeżeli ja teraz opowiadam jakąś historię, to muszą postarać się mi w tym pomóc, żeby to lepiej dotarło do widzów. Jeśli ktoś ma solówkę na instrumencie, to wtedy my musimy robić mu przestrzeń. Wtedy jest lepsza percepcja tego, co wykonujemy na scenie.

 

Sądząc po tym, co widziałem na twoich koncertach, to stosują się do twoich poleceń bezbłędnie.
Też mi się tak wydaje. Ja ich nie dyscyplinuję jak James Brown, który pokazywał palcami na muzyków i mówił: „Ty już masz sto dolarów mniej, ty dwieście, a ty jesteś zwolniony”. Próbuję do nich dotrzeć w inny sposób. Cieszę się, że po latach ta maszyna – nasz zespół – tak świetnie pracuje, bo udało mi się zarazić chłopaków moją pasją.

 

Szkole o profilu teatralnym zawdzięczasz też świetną dykcję. To nieczęsto zdarza się w biznesie muzycznym.
Nie mam może takiej krystalicznej dykcji jak aktorzy, ale rzeczywiście zajęcia z dykcji miałem. Do liceum poszedłem z kompleksami chłopaka z wadą wymowy. Miałem tego świadomość i dodatkową motywację, żeby chodzić do logopedy, poza zajęciami w szkole. Jak się okazuje, warto było poświęcić temu czas, by chociażby usłyszeć taki komplement.

 

Wiele osób utożsamia się z twoimi tekstami, bo też wynikają z twoich doświadczeń.
Myślę, że to jest clou pisania tekstów – żeby wiedzieć, o czym się śpiewa. Tylko gdy mogę nawiązywać do swoich przeżyć, do rzeczywistości, w której żyłem albo w której żyję obecnie, tylko wtedy te teksty będą prawdziwe.

Kiedy piszę, miksuję w głowie zdarzenia z mojego życia – czy to relacje z kobietami, czy relacje ze światem – i dochodzę zawsze do wniosku, że miłość jest uniwersalnym tematem.

Mogę te historie opowiadać na miliony sposobów. Lubię też piosenki, które są energetyczne, które podnoszą na duchu, dają jakieś euforyczne wrażenie i przekazują dobrą energię. Może to wynika z moich sportowych pasji?

 

Najlepszym przykładem tego, o czym mówisz, jest twoja płyta „Złote bloki”. To jest powrót i odniesienie do twoich młodzieńczych lat. 
Tak, wracam w niej do miejsc, gdzie się wychowałem, czyli do wrocławskiego blokowiska. Ale też do chwili, w jakiej ta płyta powstawała. To była pandemia. Wynajmo-wałem wtedy w Warszawie na Ursynowie pomieszczenie, które zaadaptowaliśmy na studio. W przerwach między pracą spacerowaliśmy między blokami, które przypominały mi stare czasy i tym samym stały się pewno rodzaju inspiracją.

To był oczywiście bardzo trudny czas dla wielu osób, ale mimo tej ciemnej strony pandemii ja na niej skorzystałem. Nie koncertowałem, więc mogłem się skupić na pracy twórczej, co wyszło na dobre. Często, gdy dzieje się coś złego, staram się zmienić to na coś pozytywnego. To taki wentyl bezpieczeństwa.

Wróćmy jednak do twoich początków,  do czasów, gdy mieszkałeś z rodzicami i tworzyłeś na komputerze muzykę. 
To czasy studenckie. Byłem na fizjoterapii. Wybrałem ten kierunek ze względu na sport, w końcu kiedyś grałem w piłkę. Ale w tamtym czasie najważniejsze było to, że zacząłem poznawać ludzi robiących bity, raperów, w końcu sam zaistniałem jako producent bitów hip-hopowych we wrocławskim muzycznym podziemiu.

 

Chyba trzeba zasłużyć na to, żeby znaleźć się w takim środowisku? 
Włóczyłem się, jak to we Wrocławiu, po rozmaitych klubach. W czasach studenckich nieźle się imprezuje. Przy okazji jednak można zrobić coś pozytywnego. Podczas takich melanży trafiłem do klubu Daytona, który miał czarne czwartki. Polegały one na tym, że black music grali zagraniczni didżeje oraz MC z Holandii, który śpiewał. Robił to doskonale. Pewnego dnia przyniosłem im płytę z moimi bitami i zostawiłem numer telefonu. Musiało się spodobać, bo kilka dni później odezwali się, żebym do nich wpadł. Byłem przeszczęśliwy, bo znalazłem inspirację i ludzi, dla których mogę tworzyć. Nagle mogłem robić bity dla tego wspaniałego wokalisty.

 

I mogłeś wejść na inny muzyczny poziom?
Tak, to było wspaniałe. Byłem wtedy zatopiony w soulowych klimatach. Chcieliśmy robić nowoczesne r’n’b. Przynosiłem mu moje bity, on zakładał słuchawki, głośniki były ściszone, a ja go słuchałem a cappella. W każdej wolnej chwili jeździłem do nich. Wracałem do domu i robiłem podkłady. Ekipa z Daytony prowadziła dość, powiedziałbym, rozrywkowy tryb życia. Wszystko, co robiliśmy, gdzieś się rozmywało, nagrywaliśmy rozmaite dema. Ostatecznie jednak ta współpraca nie zaowocowała żadnym wydawnictwem.

W międzyczasie chłopaki dostali propozycje wyprodukowania piosenki dla lokalnego zespołu i poprosili mnie o pomoc. Wynajęte zostało studio – poznałem tam realizatora, z którym trzymam sztamę do dziś. Tak naprawdę ta znajomość okazała się kluczowa. Zgadaliśmy się, że on tak samo jak ja miał domowe studio, spore zaplecze brzmień oraz większą wiedzę techniczną ode mnie. To zaowocowało współpracą i przyjaźnią. Kiedyś po jego powrocie z Chorwacji spotkaliśmy się, by skosztować rakiję, którą przywiózł. Mieliśmy iść na miasto, ale zaczęliśmy robić muzykę. Wtedy właśnie u niego w domu powstał utwór Miliony monet. Pozdro Mariusz!

 

Twój pierwszy wielki przebój. W jaki sposób przebiliście się z nim do muzycznego świata? 
On znał producenta hiphopowego o ksywie Magiera. Tomasz „Magiera” Janiszewski to znana postać w branży, współtwórca White House Records. Nie wiem, co było dalej, bo wszystko wydarzyło się jakby poza mną. Nie miałem świadomości, że robię swoją płytę, chciałem robić muzykę, której jeszcze na polskim rynku nie było, coś świeżego. Wiedziałem od początku, o co mi chodzi. Okazało się, że oni poza mną to trochę rozegrali. Wysłali ten numer do Hirka Wrony i pojawiła się pozytywna odpowiedź zwrotna: Warszawa chce, żeby Wrocław przyjechał. Tak to się zaczęło. Stąd wziął się Mrozu. Praca u podstaw się opłaciła, bo ktoś we mnie uwierzył.

 

Czyli czekały cię przenosiny do Warszawy, do centrum show-biznesu. Nie miałeś żadnych oporów?
To był szczególny moment w moim życiu. Skończyłem właśnie licencjat z fizjoterapii i rozpocząłem studia magisterskie. Po pierwszym semestrze rozpocząłem rozmowy na temat kontraktu fonograficznego. Wszystkie egzaminy zdałem z jedną poprawką, ale muzyka kusiła i w końcu zadecydowałem, mówiąc w domu:

„Mamo, zrobię chyba sobie na studiach przerwę. Zobaczymy, co się wydarzy”. Ta przerwa trwa do dziś.

Nie żałuję, oczywiście. Kilka miesięcy jeszcze mieszkałem we Wrocławiu. Potem, gdy już zadebiutowałem i zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze, postanowiłem iść na swoje. Baron, mój kolega z Wrocławia, muzyk z zespołu Afromental, miał wolny pokój w mieszkaniu na Mokotowie i tam się przeniosłem.

To był czysty pragmatyzm. Gdy wyjeżdżał bus na koncerty, a wszyscy muzycy byli z Warszawy, to łatwiej było całość spiąć logistycznie. Z drugiej strony w Warszawie poznałem kolejne inspirujące osoby, gdyby nie ten przyjazd, to też inaczej by się to potoczyło. Nie miałem przedtem żadnej styczności z tak zwanym show-biznesem. Nie pojawiłem się w żadnym talent show. Nikogo nie znałem. Wydawało mi się wtedy, że osoby z wytwórni i te, które gdzieś coś robią w show-biznesie, mają patent na wszystko. Myślałem, że cokolwiek powiedzą, ja powinienem zapisać w zeszyciku dobrych rad. Potem orientujesz się, że działają trochę po omacku i mimo że bardzo często się mylą, to jakoś im się udaje funkcjonować w tej branży. Popełnianie błędów jest dobre, jeśli potrafisz z nich wyciągać wnioski na przyszłość.

fot. Marta Kacprzak
fot. Marta Kacprzak

Też ci się to zdarzyło? 
Po wydaniu płyty nie miałem tej pewności siebie, co dzisiaj. Rozjechały się wyobrażenia odnośnie do tego, w jakim miejscu będę po debiucie, a w jakim się znalazłem. Decydowały o tym niuanse biznesowe w relacji z menedżerem i wytwórnią. Poza tym uświadomiłem sobie, że jeden przebój nie oznacza, że wszystkie kolejne piosenki będą grane w radiu. To uczy pokory.

 

Czyli przeżywałeś to, co większość twórców, których zaskoczył sukces debiutanckiego albumu.
Show-biznes na początku lekko mnie wessał i przemielił. Gdy już z tej pralki wyszedłem i się podsuszyłem, wyprasowałem garnitur, który się wymiął. Rozejrzałem się i zacząłem myśleć, co teraz zrobić. Najlepszym rozwiązaniem było zainwestowanie w siebie. Zacząłem chodzić na lekcje śpiewu, dokupiłem trochę sprzętu, by dalej robić muzykę.

Ten chłopak z wrocławskiego blokowiska powoli stawał się facetem. Może w relacji biznesowej coś nie wyszło, ktoś mnie wysterował, z dziewczyną się nie udało, pierwsze złamane serce, ale za chwilę znowu byłem zakochany. Wszystkie emocje się kotłują, ale to, że na przykład zarobiłem pierwsze pieniądze, mogłem je odłożyć – no, to już był jakiś grunt.

 

To był przełomowy moment w twojej karierze?
W pewnym momencie stwierdziłem, że nie mogę być ciągle na czyjejś łasce, nie mogę liczyć tylko na wytwórnię. Postanowiłem, że muszę się jakoś uniezależnić. Jeżeli nie chcą we mnie inwestować, to ja muszę to zrobić sam. Zapłacę za nagranie płyt, za muzyków, za teledysk, by się w ten sposób uniezależnić – i zadziałało. Byłem zdeterminowany, by tworzyć jakościową muzykę. Szło to powoli, ale z każdą piosenką było lepiej.

 

No tak, jeżeli sam jesteś za wszystko odpowiedzialny i zaczyna to trybić, to zadowolenie rośnie.
Satysfakcja ogromna, zwłaszcza że miałem taki imperatyw na początku, żeby robić coś, czego nie ma na polskim rynku. Wracałem do korzeni. Zacząłem od nowoczesnego r’n’b, ale potem znalazłem moją olschoolową drogę. Powstała płyta z takimi utworami, jak Jak nie my, to kto czy Nic do stracenia. Cały czas się uczyłem, bo do tej pory nie wiedziałem, jak tego typu muzyka powstaje.

Kochałem brzmienie Amy Winehouse i całego jej bandu, ale brakowało mi narzędzi, by im dorównać. Nie miałem takich umiejętności wokalnych, nie wiedziałem, jak się nagrywa perkusję, jak się nagrywa gitary „z pieca”, w ogóle nie miałem w tym względzie żadnego doświadczenia.

Zacząłem się wszystkiego uczyć dzięki kontaktom z muzykami, producentami, pierwszym sesjom studyjnym. Powoli uczyłem się, jak tego króliczka gonić. Nie trzeba go od razu łapać – fajnie jest go gonić.

 

Mówiłeś, że zacząłeś brać lekcje śpiewu. 
Bardzo dużo mi dały. Na początku, gdy po trzech koncertach w ciągu weekendu wracałem do domu, to miałem zdarty głos. Zrozumiałem, że mam złą technikę. Odwiedziłem kilku nauczycieli śpiewu i każdy mi coś dał. Potem trafiłem do samego mistrza, bo tak śmiało można powiedzieć o Urugwajczyku Andresie Martorellu. To nauczyciel mający na koncie pracę ze zdobywcami Grammy i z największymi gwiazdami. Mieszkał przez jakiś czas w Warszawie i to on mnie w yszkolił. Poczułem się swobodniej na scenie, koncerty zaczęły inaczej wyglądać. Potem w moim tworzeniu muzyki też zaszła zmiana. Bo pomyślałem, że jak robiłem pierwsze bity i samplowałem te wszystkie stare funkowe, soulowe, jazzowe kawałki, to fajnie byłoby dążyć do tego, żeby uzyskać takie brzmienie bez samplowania.

 

Do tego potrzebni są dobrzy muzycy.
Miałem szczęście, bo pierwszy skład zaproponowała mi wytwórnia. Super muzycy, choć trzeba było potem trochę ten zestaw zmodyfikować. Z biegiem lat były kolejne roszady personalne, ale trzon tego zespołu gra ze mną dekadę. Wyćwiczyliśmy się w dobrym brzmieniu i w zgraniu. Mamy wszystko dopracowane w szczegółach. Gdy z jakichś powodów gra z nami muzyk z zewnątrz, to widzi, ile tam jest aranżacyjnie porobionych smaczków, ile jest akcentów, ile jest łączników między numerami. Ugniataliśmy to przez wiele lat.

 

Czyli zespół jest zgrany?
Osiem osób na scenie, razem ze mną, ale cała ekipa liczy piętnastu członków. To wspaniała załoga, rozumiemy się i lubimy – to tworzy dobrą atmosferę. Szczerze mówiąc, mógłbym jeździć osobno na koncerty, ale wolę wsiadać do busa i jechać z chłopakami. Uwielbiam te podróże. Kocham pełne radości spotkania na parkingu o siódmej rano i te rytualne zatrzymywanie się na stacji benzynowej. W busie mamy konsolę i podczas tras gramy w Fifę. To mi zostało z piłki nożnej.

 

Czy atmosfera poza sceną sprawia, że na koncertach lepiej się rozumiecie?
My się po prostu lubimy i tak to powinno wyglądać. Publika to widzi, poza tym czuję, że mi ufa. To jak w drużynie piłkarskiej – jest lider, który potrafi zmobilizować zespół, bo grają do jednej bramki. Z nami jest podobnie. Musimy dbać o to, co robimy wspólnie. Świetni muzycy uwierzyli w moją być może szaloną, ale konkretną wizję. Zobaczyli, że przynosi to rezultaty i publiczność za tym idzie.

Zaraziłem ich swoją miłością do starej amerykańskiej muzyki, więc chcą, żebyśmy przede wszystkim odpowiednio brzmieli, stosownie wyglądali, mieli dobrą oprawę i prezentowali na scenie właściwą postawę. Cieszę się, że podążają za mną, bo ja w tym względzie jestem perfekcjonistą.

fot. Marta Kacprzak
fot. Marta Kacprzak

Trudno było ich przekonać do twoich pomysłów? 
Musiałem nauczyć się, jak rozmawiać z muzykami. To nie sposób, którego nauczyłem się w szatni. Tam się mówi bez ceregieli, konkretnie i dosadnie. Muzycy to wrażliwcy.

Kiedyś byłem bardzo niecierpliwy. Nie dawało mi spokoju, że wiele rzeczy nie szło tak, jak sobie wymarzyłem. Parłem jednak, chociaż wiedziałem, że nie wszyscy mogą być z tego zadowoleni, nie każdy będzie indywidualnością na scenie. Stawiałem na zespół, uzmysławiałem grupie, że tworzymy kolektyw i tylko kiedy ten zespół się zgra, wtedy będzie siła. Po paru latach dopracowywania szczegółów wszystko płynie, to jest ten cudowny flow, o którym już nawet nie myślimy. Czerpiemy radość z grania.

Czasami ktoś coś wsadzi, jakiegoś kopa albo akcent, i ta muzyka żyje. To też jest piękne, że jest u nas dużo miejsca na improwizację. Możemy wydłużyć wstęp albo przeciągać w nieskończoność końcówkę. Gdy na koncercie jest fajnie, gdy publiczność entuzjastycznie reaguje na naszą muzykę, to wiem, że mogę wskazać palcem trębacza. To znak, że ma zrobić impro wokół granego tematu. Granie z zespołem daje więcej możliwości. Wcześniej, gdy grałem z didżejem, muzyka trochę mnie ograniczała. Bo tam jest bit, wszystko ułożone w kompie i przez to dość sterylnie. Z zespołem możemy polecieć w każdą stronę i to daje dużą satysfakcję.

 

Skąd czerpiesz energię, którą emanujesz na scenie?
Muzyka daje mi taką siłę. Tworzenie i myślenie o muzyce jest dla mnie najbardziej inspirujące i ożywcze. Antidotum na codzienne utrapienia. Gdy mam możliwość robienia muzyki, to głowa pracuje inaczej. Miałem oczywiście okresy zjazdów emocjonalnych. Był taki czas, kiedy rozstałem się z kobietą i jednocześnie zmieniałem wytwórnię. Gdy w dość burzliwym trybie rozchodziłem się z poprzednim menedżerem. To było wyczerpujące, kosztowało mnie wiele emocji, serca i wiele nerwów – cena, którą musiałem zapłacić. To jest ciemna strona tego show-biznesu, ale nie chcę o tym mówić.

 

Potrafiłeś się mimo wszystko wyzwolić z różnych układów.
Jestem zwolennikiem zmian. Oczywiście mówię tutaj o sferze zawodowej, bo w osobistych relacjach to jest już inny temat, nie poddałbym się tak łatwo.

 

Choć z początku nie zdawałeś sobie sprawy, że świat mediów plotkarskich jest u nas taki męczący.
Och, to było tak dawno, że o tym zapomniałem. Doświadczyłem hejtu i pewnego rodzaju niezrozumienia. Walczyłem z tym poprzez budowanie pewności siebie. Muzyka mi to ułatwia. Nie chciałem przekonywać, krzycząc w postach na Facebooku albo gadając do ekranu. Chciałem robić swoje, by udowodnić kolejnymi płytami, ile jestem wart. Mimo że branża, w pewnym momencie, była do mnie sceptycznie nastawiona jako do twórcy jednego przeboju, to każdą nową płytą przekonywałem wszystkich do siebie. Stworzyłem między innymi piosenkę, której słowa weszły do potocznego języka polskiego.

 

Rozmawiamy w siedzibie naszego stowarzyszenia. Masz z tym miejscem jakieś wspomnienia?
Z sentymentem przypomniałem sobie, gdy się pojawiłem tu po moim debiucie. Najpierw musiałem zarejestrować piosenkę, bo akurat trafiła do największych stacji radiowych. Warto było ją zgłosić. To bardzo przyjemne uczucie, kiedy pojawiają się tantiemy na koncie. Oszczędzałem wszystko, co zarobiłem. Nigdy nie żyłem ponad stan. Lubię poczucie bezpieczeństwa. Dopiero po dekadzie z okładem pozwoliłem sobie na jakiś lepszy samochód. Inwestowałem głównie w produkcję płyt, teledysków i w doskonalenie siebie. Stać mnie było na wydanie alternatywnej płyty „Zew”, która głównie mnie dała satysfakcję. A jeśli chodzi jeszcze o ZAiKS, to uwielbiam Domy Pracy Twórczej. Miałem fenomenalne doświadczenie w Zakopanem, razem z chłopakami z Wilków. Narty, zima i fantastyczna kuchnia. Pamiętam, że była taka pani, która uderzyła w gong na znak, że podano do stołu. Kolega akurat nie dojadł, więc ta pani przyszła, spojrzała, powiedziała: „A kto taki niejadek jest?”. Poczuliśmy się jak w domu, mimo że chodziło o faceta po pięćdziesiątce.

#Mrozu
#Artykuł z kwartalnika