Zanim obecne raperki znalazły się na szczycie, ich poprzedniczki miały mocno pod górę. Mimo to te drugie nigdy nie uznały, że warto pójść drogą na skróty.
5776 dni. Tyle czasu minęło od premiery pierwszego legalnego solowego albumu polskiej raperki (Małgorzaty „WdoWy” Jaworskiej) do momentu, w którym inna rapująca Polka – Sara „Young Leosia” Sudoł – znalazła się na czele Oficjalnej Listy Sprzedaży, zwanej również OLiS-em.
To nie przesada – 7 października 2021 roku historia napisała się na naszych oczach. Symbolicznie skończył się czas, w którym raperki musiały krzyczeć „nic o nas bez nas”, starając się zdobyć popularność zarezerwowaną dla mężczyzn. Obecnie mogą patrzeć na większość kolegów po fachu z góry, mówiąc buńczucznie „nic o nas bez mas”. Intuicyjna radość z kolejnego kroku milowego branży nie może jednak przesłonić poważnej zagwozdki. Dlaczego właściwie nie doszło do tego wcześniej? Przecież kobiety bywały i pionierkami z krwi i kości, i aktywnymi uczestniczkami ważnych etapów rozwoju sceny. W tym przypadku diabeł tkwi nie w szczegółach, lecz w niekorzystnym ogóle.
CHŁOPACKA ROZRYWKA
Lata 90. były momentem, w którym najmocniej dało się zauważyć, że gatunek jest odbiciem społeczeństwa. Miało to zarówno dobre, jak i złe strony. Wśród tych pierwszych należy wyróżnić pozostawanie w stałej łączności z rzeczywistością, a więc opisywanie z kronikarskim zacięciem codziennych wyzwań nastolatków. W tych drugich znajduje się poczucie, że gatunek oszukiwał siebie i swoich odbiorców. Chałupniczość wykonania i zaradność twórców nie sprawiały, że był tak egalitarny, jak go przedstawiano.
Próg wejścia do tworzenia był bowiem bardzo wysoki. Możliwości determinował dostęp – do nawet nie dobrego, lecz jakiegokolwiek sprzętu do nagrywania muzyki, a także dzieł, którymi można byłoby się inspirować. Sytuacja była jeszcze trudniejsza w przypadku chcących tworzyć kobiet, bo do wspomnianych wyzwań dochodziły tradycyjne, a może wręcz rodzinne wzorce społeczne. Matka chrzestna polskiego rapu – Bogna Świątkowska – namaszczała chłopców w swojej powstałej w 1993 roku audycji „Kolorszok”. Na ogół dziewczęta nie garnęły się do samplerów i mikrofonów, bo pokutowało przekonanie, że na naszym gruncie to na razie zajawka od mężczyzn dla mężczyzn. Naturalnym wyborem było śpiewanie, a nie rapowanie.
Dodatkowym, choć ważnym aspektem był również tryb działania w obrębie rapu. W czasach formatywnych premiowano grupy. Joanna „Aha-T” Tyszkiewicz to najprawdopodobniej pierwsza rapująca osoba w Szczecinie, ale nawet ona dała się poznać publiczności, tworząc w zespole SNUZ. Swego czasu na łamach kwartalnika ZAiKS-u wspominała, że nie była traktowana gorzej jako kobieta, ale te okoliczności nie sprawiły, że przy tworzeniu swojej legendarnej audycji „WuDoo” w Radiu Szczecin mogła przebierać w propozycjach utworów od nawijających pań. Czy byłoby inaczej, gdyby w pionierskich czasach zdecydowała się na wydanie solowej płyty? Pewne tropy sugerują, że tak. Zauważalną przygodę z rymami i bitami miała bowiem Joanna „Lady K.” Kowalczyk, realizująca się i indywidualnie, i zespołowo w grupach Sin Semilla i Southcentral. Związana z Warszawą artystka jednocześnie rapowała i śpiewała, więc dzięki wszechstronności dobrze wpisywała się w czasy stabilizowania się prawideł nowej muzycznej sztuki.
Symbolem ostatniej dekady XX wieku pozostanie jeden z najbardziej kontrowersyjnych i niezrozumiałych wyborów w historii Fryderyków. W 1998 roku statuetkę w kategorii Album roku – rap/hip-hop(!) zdobyła Reni Jusis za album „Zakręcona”, który nie miał wiele wspólnego z gatunkiem.
Wybór dobrze wpisywał się jednak w próbę szybkiego urynkowienia nieokrzepłej muzyki przez największe wytwórnie, o czym pisałem w jednym z poprzednich odcinków cyklu. Być może ta próba by się powiodła, gdyby wcześniej nie pojawił się tercet, w którym znajdowała się córka... Tomasza Stańki.
WDOWIE GROSZE
Tylko nieliczni pamiętają trio Rebelia. W szerszym obiegu pojawiło się ledwie dwa razy – za sprawą Środka Wyrazu (składanka „Hip Hopowy Raport Z Osiedla W Najlepszym Wykonaniu” z 1998 roku) oraz utworu Takie są układy (składak dodany do szóstego numeru czasopisma „Klan”, również 1998). Dużo lepiej poszło stworzonemu na jego kanwie duetowi Paresłów, który raperki Dorota „Dore” Młynarczyk i Dorota „Fala” Frontczak stworzyły już bez pociechy ponadczasowego jazzmana. Patronem ich działań twórczych był Sebastian „DJ Volt” Imbierowicz, ale dotarły do szerszego grona odbiorców dzięki prezentującej stołeczne podziemie płycie Marcina „Tytusa” Grabskiego, późniejszego szefa Asfalt Records. Tytuł ich piosenki z materiału był proroczy. Dzięki Supernowej tandem rozbłysł dosłownie i w przenośni.

Jego debiutancki album o tytule „Galaktao” (2001) ukazał się pod szyldem Baza Lebel, a zatem w dystrybucji jednego z majorsów. Samplowany, mocno osadzony w rapowej stylistyce krążek zawierał gościnne występy tak mocnych raperów jak Paweł „Pezet” Kapliński czy Wojciech „Dizkret” Nosowski, więc siłą rzeczy odbił się sporym echem. To jednak nic przy uznaniu dla wspomagającej się żywymi instrumentami „Ironii” (2003). Nominowano ją nawet do wspomnianych Fryderyków, a tematyka poruszona na płycie jest zaskakująca. Obok przechwałek, scenek z życia codziennego i refleksji natury ogólnej znalazło się miejsce na wypunktowanie... internetowego hejtu.
Docenienie dla raperek nie było jednak wystarczająco duże. Obie czuły brak akceptacji ze strony zmaskulinizowanego środowiska, a do tego obawiały się niestabilności finansowej, więc podjęły decyzję o zawieszeniu kariery. Jeszcze w tym samym roku, w którym mogły zdobyć nagrodę, jedna z nich założyła z partnerem działalność gospodarczą. Rozwinęła się ona w jedną z największych firm cateringowych w Polsce. Rap nie znosi próżni, więc dwa lata później pole przejęła nawijaczka, która także weszła do gry pod męskim patronatem, ale natychmiast okazała się silną, niezależną jednostką.
„Zostałam przedstawiona chłopakom przy okazji jakiejś plenerowej imprezy. Spotykałam się wtedy z Szogunem, producentem ekipy” – wyjaśniała mi Małgorzata „WdoWa” Jaworska, gdy spytałem ją o dołączenie do mocnego w warszawskim podziemiu składu Szybki Szmal w połowie lat 00. Podczas tajnej narady członkowie grupy głosowali nad jej przyszłością. Przeciwnikiem jej angażu był raper Adam „Mały Esz Esz” Kot, początkowo traktujący ją jak dziewczynę kolegi. Przekonała go jednak nie tylko częstszym bywaniem tam, gdzie trzeba. Przede wszystkim rapowaniem jak żadna ówczesna Polka.
To ona jest autorką pierwszej legalnej solówki w historii naszego rapu tworzonego przez kobiety. Od premiery „Braggacadabry” (2005) minęły już dwie dekady, a krążek wciąż robi wrażenie dzięki odważnym wersom, wielowariantowemu flow i wrażeniu, że autorka nie jest dopełnieniem raperów, tylko ich rywalką. Terapią szokową dla odbiorców był zaś jej wizerunek. Stylizowała się na polską Lil’ Kim, a do historii przeszła fotografia, na której ubrana w futro artystka opiera się o maskę mercedesa, zasłaniając dłonią pierś. Jeszcze lepiej pamiętany jest późniejszy o dwa lata występ na płycie „Muzyka rozrywkowa” Pezeta w utworze Niegrzeczna, wprost odwołujący się do zdrady i seksu. Jej najpoważniejszą konkurencją wśród kobiet była równie utalentowana, acz mająca inne podejście, Aleksandra „Lilu” Agaciak. W swojej muzyce i tekstach czerpała z r’n’b, co sytuowało ją bliżej Sistars, Sofy czy Marty „Mariki” Kosakowskiej, często błędnie utożsamianych z rapem.
W kontekście rozwoju polskiego środowiska raperek najważniejszym osiągnięciem lat 00. było skuteczne wychodzenie z narracji, którą narzucali nawijacze, najczęściej sprowadzający kobiety do roli specjalistek od refrenów lub bohaterek swoich podbojów w wersach.
Zmianę widać także na poziomie lokalnym, bo w różnych częściach kraju pojawiły się interesujące postaci. Poznań miał rapującą i produkującą bity Katarzynę „Kadę” Lesińską. W Szczecinie działania rozpoczęła związana z ulicą Renata „Rena” Mulinow. Szczególna była za to sytuacja Śląska. Duży potencjał zdradzała „Mea” vel „Mewa”, a furorę robiła Anna „Ania Sool” Wycisk. Ta druga w twardogłowych czasach rapowała o aborcji, opowiadając się za wyborem i krytykując Kościół. Nie gryzła się też w język, mówiąc o ograniczeniach wynikających ze złego startu i przepracowując publicznie temat odchudzania. Wszystkie twórczynie pogodziło to, że kondycja finansowa gatunku nie pozwoliła im bardziej rozwinąć skrzydeł. Regres popularności kazał wszystkim z niepokojem czekać na nadejście kolejnej dekady.
WSCHÓD KARIER, ZACHÓD NADZIEI
Gdyby kilka przygód z muzyką potoczyło się w inny sposób, 19 czerwca 2010 roku uchodziłby za mit założycielski. To tego dnia ukazał się album „SuperExtra” WdoWy, dla wielu szczytowe osiągnięcie zarówno wspomnianej artystki, jak i rodzimego rapu nagrywanego przez kobiety. W czasach, gdy rymy i bity były okopane w podgatunkach, warszawianka stworzyła hybrydowy materiał bardziej pasujący do obecnych czasów. Funk, r’n’b czy pop – to tylko część jej inspiracji. Krążek wydany w wytwórni Alkopoligamia udowodnił, że królowa jest jedna, ale ma wiele twarzy. Emocjonalne, wyciskające łzy partie poprzeplatała nieoczywistymi hitami, że wystarczy wspomnieć utwór Zapomniałam z Czesławem Mozilem, a także wyrazami niezachwianej wiary we własne możliwości.
Całe lata czekano na raperkę tak barwną i świadomą swojej nawijki. Niestety, także po to, by móc w nią uderzyć z całym impetem. Jaworska usłyszała, że osiągnęła sukces na plecach producenta Bartosza „Szoguna” Pietrzaka. Co więcej, punktowano, że jej flow to wariacja na temat stylu Piotra „Mesa” Szmidta, czyli jej wydawcy, a do tego brakuje jej pokory. Jak pokazały kolejne lata, ten atak był odpryskiem systematycznego bagatelizowania damskiej części środowiska. W 2013 roku popularny raper Wojciech „Sokół” Sosnowski pojawił się gościnnie w talent show „ŻYWYRAP!” (WdoWa była w nim jurorką) i wygłosił opinię, która do tej pory zdumiewa. „Uważam, że kobiecy rap nie powinien się pojawić na planecie. (...) Rap nie jest dla dziewczyn. Dziewczęta, śpiewajcie” – powiedział zadowolony ze status quo szef Prosto.
Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że taka reakcja była wynikiem zauważenia, że raperki nie chcą tańczyć, jak im panowie zagrają. Ba, to one chcą nadawać tempo. Rok 2011 przyniósł płytę Lilu i Emilii, która jako pierwsza w Polsce tak mocno i z dobrym skutkiem łączyła rap i dubstep (Pezet, uważany za pioniera takiego zestawienia, wydał w 2012 roku podobny, niezbyt udany krążek). Weteranki z Paresłów reaktywowały duet i pokazały światu „Elektrohop”, również rozwijający formę polskiej realizacji gatunku. Na tle coraz bardziej biznesowego podejścia raperów prymuską hip-hopu stała się Anna „Ryfa Ri” Wilczkowska. Do głosu doszły też raperki z województwa lubelskiego, czyli bodaj najbardziej zapadłego regionu rapowego w kraju.
„Najtrudniejsze było to, że w latach 10. rap w Polsce nie był jeszcze tym, czym jest teraz – profesjonalnym przemysłem z prawdziwego zdarzenia” – zauważa pochodząca z lubelskiego Chełma Adrianna „AdMa” Mysiak. Równocześnie umiejętności prezentowała Aleksandra „Guova” Głowińska z oddalonej o 50 kilometrów Włodawy. Artystki łączyło poetyckie, emocjonalne pisanie i chęć do eksperymentów. Kreację AdMy wspierały też odwołania do psychologii i klimat bitów powodujący u słuchaczy poczucie dyskomfortu.
Według niej największym wyzwaniem było udowodnienie, że bardziej liczy się talent niż wygląd, a jej sposób działania obrócił się przeciwko niej.
Gdy opublikowała zdjęcie z basenu z podpisem: „Drugą ręką sprawdź najnowszy singiel”, dostała falę komentarzy kwestionujących jej umiejętności i zarzucających pójście na łatwiznę. Możliwe, że to doprowadziło ją do uniwersalizacji tekstów, spojrzenia w kierunku popu i eksponowania fizyczności. Kontrowersji nie uniknęła także Guova. Mimo że dostała nominację do Fryderyka, wiele osób zapamiętało ją dzięki prześmiewczemu utworowi o mających więcej kilogramów koleżankach.
W latach 10. najczęściej kwestionowaną postacią była jednak Małgorzata „Gonix” Kasprzak. W rozmowie ze mną stwierdziła, że jej jedynym traumatycznym wspomnieniem z bycia pierwszą raperką w Młodych Wilkach (akcja portalu Popkiller promująca młode talenty) było pójście w nowych butach do deszczowego Lasu Kabackiego. Wydaje się, że to dobra mina do złej gry. Stylizowany na Czerwonego Kapturka występ we wspólnym utworze wybranych osób skwitowano na prezentującym rapowe teksty portalu Genius krótkim: „jakieś pier***enie”. Niepochlebny wpis zyskał dużo większą sympatię niż zwrotka.
WYSIADKA Z PO(P)CIĄGU
„To bardzo osobiste pożegnanie ze stylistyką muzyczną, która mnie urzekła, stworzyła i ukształtowała” – napisała Lilu, wydając w 2015 roku „Outro”, swoją ostatnią rapową płytę. Żeby jeszcze podkreślić powagę sytuacji, na albumie znalazł się utwór o gorzkim tytule Nie mam klucza, do którego dograły się Marika, Aha-T, Ania Sool i WdoWa. Odejście jednej z najbardziej cenionych postaci kazało zastanowić się nad przyszłością kobiet w polskim rapie. Przez ponad dwie dekady raperki próbowały różnych sposobów zwiększających popularność, ale sukcesy artystyczne nie szły w parze z osiągnięciami komercyjnymi. Nie pomogło ani rozwijanie alternatywnych stylistyk, ani ścieranie się z raperami na ich naturalnych polach działania.
Z niepewności koleżanek po muzycznym fachu skorzystały w 2019 dwie osoby z zewnątrz. To wtedy wejściem do rapowego światka zainteresowały się Małgorzata „Margaret” Jamroży i Agata „Dziarma” Dziarmagowska, artystki z dużymi karierami popowymi i przeszłością w muzycznych talent shows. O ile ta pierwsza zaczęła nieśmiało, po prostu wplatając rymobitowe motywy w płytę „Gaja Hornby”, o tyle druga poszła na całość bez zważania na konsekwencje związane z gwałtowną zmianą twórczych zainteresowań. Przy premierze debiutanckiej gatunkowej epki „V” zarzucono jej nawijanie feministycznych tekstów napisanych przez raperów. W tamtych czasach było to jeszcze oskarżenie dużego kalibru. Gra była jednak warta świeczki. Wykonawczość jest jedną z rzeczy, które nikogo nie dziwią w popie, a nim miał się wkrótce stać rap.

„Wróżka Agata przewiduje dominację kobiet. Przede wszystkim będzie dużo kobiet silnych, odważnych, które nie wstydzą się mówić o swoich potrzebach, uczuciach. Ich muzyka będzie dawać nam siły, wartościowe treści. (...) I w sumie wiem, że to się spełni, bo już aktualnie rap przyjmują kobiety-artystki, z wielką serdecznością, i mam nadzieję, że będzie nas coraz więcej. No i zdominujemy tę branżę, bo kto, jak nie kobiety?” – mówiła z zapałem Dziarma w reklamie Spotify. Z pozoru jej prognozy wyglądały na pobożne życzenie, ale się spełniły. Szybko okazało się, że wielki sukces wiąże się z jeszcze większymi konsekwencjami.