Jeszcze kilkanaście lat temu promocja koncertu ograniczała się do rozwieszenia plakatów na mieście i zostawieniu ulotek w widocznym miejscach.
Potem nastała era Facebooka – odpowiednio zredagowany post z ładną grafiką zaczął być postrzegany jako skuteczniejsza reklama niż papierowe ogłoszenie. Dziś jednak tradycyjne facebookowe posty przegrywają z dynamicznymi formatami: rolkami (reels) i relacjami (stories). Zmienił się sposób konsumpcji treści – liczy się hasłowe myślenie, autentyczność i atrakcyjna wizualnie forma. Czy kompozytorzy muzyki współczesnej są gotowi, żeby dostosować się do internetowych odbiorców?
KONTROWERSYJNA APLIKACJA
Zacznijmy od tego, że niektórzy kompozytorzy (choć nieliczni) nie uznają internetowej autopromocji. I nawet jeśli mają profile na platformach społecznościowych, to sporadycznie zamieszczają tam informacje na temat swoich osiągnięć. Ktoś, kto na co dzień porusza się w świecie abstrakcyjnych wyobrażeń dźwiękowych, nie musi przecież mieć smykałki do marketingu. Nie musi, bo działania promocyjne można powierzyć agentowi, jednak w dobie cyfrowej sprawne łączenie sztuki z promocją jest ogromnym atutem. Twórców dbających o swój wizerunek w przestrzeni wirtualnej nie brakuje: ich profile znajdziemy między innymi na Facebooku, Instagramie, YouTubie i LinkedInie, gdzie publikują swoje utwory, zdjęcia z prób, a także informacje o zbliżających się koncertach. Warto jednak odnotować, że na platformach Mety wyniki nawet tych uznanych kompozytorów muzyki współczesnej zazwyczaj nie przekraczają pewnego pułapu. Mówiąc konkretnie: liczba ich obserwujących dobija do kilku tysięcy. I chociaż wszyscy wiemy, że „nie liczy się ilość, a jakość”, to jednak warto postawić pytanie, czy Meta to w takim razie najodpowiedniejsza przestrzeń dla promocji muzyki nowej?
Chociaż Facebook jest niekwestionowanym liderem wśród platform społecznościowych (wg danych z 2024 roku miesięcznie korzysta z niego nieco ponad 3 miliardy konsumentów), to nie da się przejść obojętnie obok rosnącej popularności TikToka (z wynikiem ponad miliarda aktywnych użytkowników miesięcznie w 2024 roku). Co istotne, drugi z wymienionych serwisów ma sporo zalet w kontekście promowania nowej muzyki.
Przede wszystkim algorytm TikToka daje szanse na organiczne dotarcie do bardzo szerokiego grona odbiorców pomimo braku dużej bazy obserwujących. Aplikacja sprzyja też współpracy – muzycy mogą nagrywać duety, remiksy czy wspólne interpretacje, co otwiera nowe możliwości dla kompozytorów, którzy chcą, aby ich muzyka była reinterpretowana przez innych artystów.
Niestety, są też czynniki zniechęcające wielu kompozytorów do utworzenia konta w tym serwisie. Oprócz obaw związanych z prywatnością i bezpieczeństwem danych, minusem TikToka jest limit długości publikowanych filmów, który może stanowić ograniczenie dla promocji dużych form muzycznych. Dodatkowo, wielu wykształconych twórców uważa tę platformę za przestrzeń pełną tańców, trendów i głupawych wyzwań, co rodzi obawy, że publikowanie tam treści może nie być dobrze odebrane. Czy rzeczywiście da się odpowiednio zaprezentować na TikToku symfonię, operę albo… mszę?
ZERO UPRZEDZEŃ
Choć może się to wydawać niemożliwe, to właśnie od promocji swojej Mszy na chór i orkiestrę rozpoczęła działalność na TikToku młoda kompozytorka z Gdańska, Maria Trzpis. „Bardzo zależało mi na tym, aby ta muzyka dotarła do jak najszerszego grona odbiorców, dlatego zaczęłam promować ją na różnych platformach: Facebooku, Instagramie i YouTubie” – zdradziła artystka. „Ku mojemu zaskoczeniu, to właśnie na TikToku treści zaczęły zdobywać wiele wyświetleń i trafiać do osób, których wcześniej nie znałam”.
Na profilu Marii Trzpis znajdziemy liczne fragmenty monumentalnego utworu okraszone komentarzami kompozytorki, która wyjaśnia, jakie techniki zastosowała, a nawet posługuje się przykładami nutowymi. Choć Trzpis nie stroni od fachowej nomenklatury, to recepcja jej muzyki jest niezwykle pozytywna – pod jej filmikami znaleźć można liczne komentarze: „Zainspirowałaś mnie”, „Dzięki tobie zacząłem słuchać muzyki klasycznej”, „Nareszcie jakieś wartościowe treści na TikToku”. Kompozytorka, która przez cały czas bardzo intensywnie prowadzi swój kanał, poświęca go treściom związanym z komponowaniem: opowiada o wyzwaniach związanych z edycją nut, o konkursach kompozytorskich, o studiach na akademii muzycznej… a nawet o radości związanej z otrzymaniem legitymacji członka Koła Młodych Związku Kompozytorów Polskich.
Innym przykładem artystki, która bez niechęci, za to z ogromną dozą naturalności i swobody podchodzi do prowadzenia swojego tiktokowego konta, jest warszawska pianistka i kompozytorka Zuzanna Całka. Na jej profilu znajdziemy niezwykle estetyczne, starannie przygotowane filmy, ilustrujące jej przygotowania do koncertów, proces podpinania kabli i ustawiania mikrofonów, relację z podpisywania autografów, a także mini wywiady, w których twórczyni w hasłowy sposób opowiada o swoim procesie kompozytorskim.
Muszę przyznać, że działalność tiktokowa tych dwóch kompozytorek otworzyła mi oczy na to, jak bardzo ogranicza nas schematyczne myślenie i zarazem jak odrzucenie uprzedzeń może być pomocne w budowaniu bazy fanów. Zaraz jednak w mojej głowie pojawiły się wątpliwości. Czy nie jest tak, że publikowanie krótkich klipów pozostaje w funkcji niezobowiązującej zabawy z internautami? Czy są jakiekolwiek szanse, że tego typu działalność przełoży się na realne propozycje zarobkowe? TikTok wprawdzie oferuje pewne możliwości monetyzacji kanału: jedną z nich jest Creator Fund, w ramach którego twórcy są nagradzani za tworzenie wysokiej jakości filmików. Jednak (abstrahując od wymogów związanych z liczbą obserwujących i z liczbą wyświetleń), ta opcja jest dostępna tylko w kilku krajach, do których Polska się nie zalicza.
Maria Trzpis twierdzi, że jej dotychczasowa działalność na TikToku zaowocowała ciekawymi propozycjami współpracy. „Odkąd zaczęłam działać na tej platformie, zaczęłam docierać do zupełnie nowych odbiorców, dzięki czemu otrzymuję zamówienia. Pojawiły się także propozycje wywiadów i współpracy z innymi artystami, co otworzyło przede mną nowe możliwości twórcze. Dodatkowo otrzymałam propozycję wykonania moich utworów przez innych muzyków, a niektórzy z nich wystąpią nawet w moim koncercie dyplomowym. Aktualnie pracuję nad opracowaniem pieśni z orkiestrą, które niebawem będą mieć swoje wykonanie” – tłumaczy.
Taki stan rzeczy napawa optymizmem, chociaż wielu kompozytorów miałoby pewnie nadzieję na zaistnienie na TikToku w nieco inny sposób.
Aplikacja umożliwia szybkie rozprzestrzenianie się muzyki. Wystarczy, że jakiś utwór zostanie użyty w popularnym trendzie, wyzwaniu lub filmie, a ma szanse stać się viralem, docierając do milionów użytkowników na całym świecie.
Stworzenie viralowego utworu to z pewnością marzenie niejednego twórcy, jednak trzeba zauważyć, że w przypadku muzyki współczesnej status virala osiągają kompozycje reprezentujące określony typ muzyki: są to najczęściej subtelne, emocjonalne utwory na fortepian lub fortepian z dodatkiem elektroniki. Jakkolwiek by nie było – nigdy nie można całkowicie przewidzieć, co się wybije, a warto mieć z tyłu głowy, że ZAiKS zawarł w 2023 umowę licencyjną z TikTok Information Technologies UK Limited, dzięki czemu regulowane są bieżące wynagrodzenia autorskie, a także tantiemy za utwory wykorzystane od początku działania TikToka w Polsce.
PRACA U PODSTAW
Niezależnie od wszystkich możliwości i wyzwań, jakie stwarza TikTok, jednemu nie można zaprzeczyć: jest to narzędzie kompletnie przez kompozytorów niedocenione i niewyeksploatowane. Nie mogąc odnaleźć tam kont większości osób ze środowiska, zadałam na Facebooku pytanie: „Kto z moich znajomych kompozytorów używa TikToka?”. Odpowiedziało mi zaledwie kilka osób i to głównie po to, żeby powiedzieć, że TikTok rodzi ich obawy. Czytając te wypowiedzi, przypomniałam sobie, jak jeszcze kilkanaście lat temu wielu twórców broniło się przed Facebookiem: bo to strata czasu, bo to takie narcystyczne, zamieszczać posty o swojej muzyce… A dziś korzystanie z serwisu wydaje się czymś niemal tak naturalnym jak wypicie porannej kawy.
Ale czy TikTok ma realne szanse, żeby kiedykolwiek rywalizować z Facebookiem, jeśli chodzi o promocję kompozytorskich działań? Na ten moment wydaje się, że jednak środowisko muzyczne nie porzuci tak szybko tradycyjnych, facebookowych postów, chociażby z tego powodu, że posty te trafiają do właściwych adresatów: profesorów, dziennikarzy muzycznych, wielbicieli sztuki i innych artystów. Na TikToku, który wysyła nasze treści „w nieznane”, można przypadkiem zainspirować kogoś niewtajemniczonego, ale można też się zderzyć z hejtem, ignorancją, arogancją i innymi urokami internetowej anonimowości. Czy jest nam to potrzebne?
Dochodzimy do pytania, czy wychodzenie z ciasnego kręgu znawców jest aktem odwagi czy naiwności, i tym samym powracamy do odwiecznych dylematów: czy muzyka jest dla słuchaczy, czy słuchacze są dla muzyki, i czy muzyka jest dla muzyki. Ja na te pytania ciągle nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi, ale pewna jestem tego, że w dzisiejszych czasach budowanie relacji z odbiorcą – relacji szczerej, personalnej, ukazującej nas – twórców – jako żywe istoty, we wrażliwy sposób przeżywające swoją codzienność – ma kolosalne znaczenie. TikTok w budowaniu tej relacji pomaga. Z podziwem obserwuję artystów z innych dziedzin, ale i naukowców, specjalistów od różnych zagadnień, którzy zdobywają się na pewien luz i są w stanie prezentować swoje treści w przystępny, nowoczesny sposób, pozwalając naturszczykowi zainteresować się tematem. Jest to swoista praca u podstaw, biorąc pod uwagę, że odbiorcami są często całkiem przypadkowi internauci. Bardzo możliwe jednak, że właśnie w dzisiejszych czasach ta praca u podstaw jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek.