Gdyby nie liczne gościnne występy, czyli tak zwane dogrywki, polski rap nie stałby się tak wielki. Spotykanie się na bitach zmieniało jednak swoje funkcje.
„Spróbuj choć raz odsłonić twarz i spojrzeć prosto w słońce” – zaśpiewała dwukrotnie Anita Lipnicka. Najpierw, nieco ponad 30 lat temu, zrobiła to jako 20-letnia dziewczyna na płycie „Elf” zespołu Varius Manx, zresztą promując film Młode Wilki, będący klasyką polskiego kina bandyckiego. Drugi raz wydarzyło się to w 2025 roku i najpewniej zdziwiło tych, którzy nie zdają sobie sprawy z biznesowej potęgi rodzimych rymów i bitów. Lipnicka skorzystała z zaproszenia duetu PRO8L3M, który podpiął utwór Nie bój się bać pod jeden ze znanych banków. Czy taki występ był ryzykowny wizerunkowo? Tak, choć ludzie zwrócili uwagę nie na to, co trzeba. Dla wielu większym, nomen omen, problemem jest nadal nagrywanie z ulicznym tandemem niż pojawienie się w reklamowej kompozycji. To dziwi, bo polski rap już zdążył przejść długą drogę – od krzywych spojrzeń, związanych z wulgaryzmami i przetwarzaniem znanych melodii, do rynkowego giganta, którego reprezentanci chętnie tworzą z dawnymi i nowymi gwiazdami innych gatunków, nierzadko dając im kolejne życie w streamingu. Można wręcz powiedzieć, że etapy tej przemiany są bardziej interesujące niż sam skutek.
DZIELIĆ, A NIE ŁĄCZYĆ
Piotr „Liroy” Marzec odniósł niewątpliwy sukces – był prekursorem polskiego rapu, po czym został jego pierwszą komercyjną gwiazdą. Na „Alboomie” z 1995 roku położył podwaliny pod otworzenie się gatunku na dziedzictwo polskiej muzyki za sprawą utworu Scyzoryk, w którym na instrumentach pojawili się Grzegorz Skawiński i Jarosław Śmigiel. Muzyczne spotkanie z legendami było oczywistym ukłonem w ich stronę, nakazującym młodszym odbiorcom zainteresować się ich twórczością. I gdyby ten singiel oddawał zamysł kompozycyjny późniejszego posła, to pewnie opinia rodzącego się środowiska rapowego na jego temat byłaby milsza. Tak się jednak nie stało. Kielczanin był słusznie krytykowany za wiele rzeczy, wśród których znalazło się chociażby podbieranie pętli z rymobitowych utworów zza oceanu, by na ich podstawie tworzyć kawałki. W tamtych czasach nawet sampling dawnych nagrań często nie uchodził producentom na sucho, więc co powiedzieć o robieniu utworów rapowych na bazie innych utworów rapowych?
Jakby było mało, chichotem hiphopowego losu jest fakt, że kultura featuringu, będąca w amerykańskim przemyśle rapowym sposobem na łączenie środowisk i okazywanie sobie szacunku, w Polsce od razu miała negatywny wydźwięk. Pierwsza szeroko zauważona kooperacja polskich raperów pojawiła się parę miesięcy po premierze „Alboomu”, gdy do głosu doszli reprezentanci Wielkopolski – Nagły Atak Spawacza ze Swarzędza i Ryszard „Peja” Andrzejewski. Artyści nagrali Antyliroya, czyli pierwszy diss w historii naszego kraju. Połączyli siły w potoku bluzgów, by zdyskredytować twórcę uosabiającego komercję, zaprzedanie ideałów i pozerstwo. Inny konflikt związany z początkami wydawniczej kariery Liroya również wydawał się nieunikniony. Tym razem jednak młodzi raperzy zwrócili uwagę na źle rozumiane kosmopolityczne ciągoty gwiazdy, co poskutkowało w 1997 roku numerem Język polski. Członkowie katowickiego Kalibra 44 i kieleckiego Wzgórza Ya-Pa 3 (niegdyś działającego z komercyjnym twórcą) wyłożyli swoje postulaty: opowiadajmy historie po polsku, dbajmy o lokalny kontekst i nie dubbingujmy rzeczy na siłę. Zresztą kto jak nie katowiczanie miał się za tym opowiedzieć, skoro to ich debiutancki album, „Księga tajemnicza. Prolog” z 1996 roku, lubował się w osadzonych kulturowo fragmentach z takich dzieł jak Dzieje mistrza Twardowskiego, Poszukiwacze złota czy Piłkarski poker.
Szacunek dla polskiej muzyki przyniosła jednak dopiero kolejna rewolucja, czyli wydanie w 1998 „Skandalu” warszawskiego zespołu Molesta. To tu hardzi słuchacze ulicznego rapu usłyszeli, że legendarne kompozycje Polaków mogą wejść po obróbce do rapowego kanonu. Na albumie pojawiły się co prawda nie wokalne, ale jednak sample z Jerzego Matuszkiewicza czy Krzesimira Dębskiego. Mikrofon nie został za to pominięty w powstałym w podobnym czasie utworze Ja mam to co ty Wzgórza i Warszafskiego Deszczu, bo motywem przewodnim został klasyk Czesława Niemena w postaci Snu o Warszawie. Mimo że sami młodzi MC postrzegali swój kawałek jako kreatywny, to legendarny piosenkarz miał z nim problem. To nie powinno dziwić, skoro ludzi piszących linijki postrzegano jako złych i łysych.
NIKOMU NIE POP-UŚCIĆ?
„I moje miasto złą sławą owiane” – rymowali w 2001 roku na płycie „Na legalu?” zespołu Slums Attack liczni raperzy z Poznania, pokazując jedność i siłę swojej rapowej sceny. Na przewrotnym samplu, bo z Ewy Demarczyk i Piotra Skrzyneckiego, za to z utworu Cancion de las Voces Serenas. Z klasyki korzystali zresztą nie tylko ulicznicy. Już wcześniej mający artystowskie zacięcie członkowie warszawskiego Grammatika stworzyli Friko (2000), wspierając się Urszulą Sipińską i jej Nim zakwitnie tysiąc róż. Najważniejsze było jednak grupowanie się samo w sobie. Szybko bowiem okazało się, że wspólne inicjatywy są na wagę złota dla ciągle krzepnącego gatunku. Cios przyszedł z nieoczekiwanej strony. Oczywiście z perspektywy lat można byłoby tak powiedzieć o wolcie Jacka „Meza” Mejera, też rapującego na początku wieku w numerze Slums Attack, bo to on chwilę później wraz z kilkoma osobami zapoczątkował uładzony, schlebiający szerokim gustom rap nazywany pogardliwie hiphopolo. Zapomina się jednak, że tak naprawdę rzekomych zdrad ideałów dopuścili się także powszechnie szanowani i cieszący się zaufaniem raperzy, co często jest wypierane. W 2003 roku Jacek „Tede” Graniecki, uważany już wtedy za jednego z czołowych stylistów rapu, podjął współpracę z Natalią Kukulską w utworze Kamienie. To oczywiście spotkało się z krytyką. Mimo przytomnego tłumaczenia samego zainteresowanego, że próbował zrobić coś nowego i zarobić pieniądze. Wiatr czasu rozrzedził również atmosferę związaną z późniejszym o rok Jak żyć? ze Zdzisławą Sośnicką, ówcześnie wcale nie tak hołubioną przez raperów. Najciekawsze jest jednak to, że jeszcze w marcu 2004 roku Paweł „Pezet” Kapliński, reprezentant Ursynowa, krytykował hip-hop zbliżający się do cepelii, po czym w maju wydał z Sidneyem Polakiem utwór o otwieraniu wina ze swoją dziewczyną, bardziej pasujący do siedzenia na łące niż zajmowania miejsca w polskim rapie.
Co gorsza, dalsze jednoczenie się tych „prawdziwych” stało się jeszcze pilniejsze, bo rynek zaczął się przegrzewać przez radiowe teksty, a dobra koniunktura mogła się skończyć. Wyrazem tego były współprace integrujące środowiska i pokazujące, że nie tyle rap, ile sama sztuka rapowania ma się dobrze. Wśród najdonioślejszych rzeczy z tym związanych należy wymienić nagrane w 26-osobowym składzie Reprezentuję siebie (2006) warszawskiego kolektywu Bez Cenzury. Jednocześnie rosło tak zwane podziemie, stworzone z rozsianych po całym kraju artystów czekających na kontrakt płytowy. Platformę promocyjną dawał im magazyn „Ślizg”, a za pośrednictwem jego forum rzesze twórców zgadywały się na wspólne, będące w opozycji do mainstreamu, nagrania. Kwestia znajomości, a więc i featuringów stała się zresztą jednym z oręży w głośnym w całej branży konflikcie Macieja „Jimsona” Kwiatkowskiego i Tomasza „VNM”-a Lewandowskiego, czyli ważnych graczy undergroundu. Temu drugiemu wypominano próby podlizania się raperom z czołówki popularności, by zwiększyć szanse na umowę na legalny album. W tych okolicznościach „gościnka” szybko stała się trofeum dla ludzi, którzy nie zarabiali na rapowaniu. Tak powstała legendarna Śmiertelna kombinacja z 2007 roku, za którą odpowiadali wspomniany VNM, Jerzy „Smarki Smark” Buczkowski i Michał „W.E.N.A.” Łaszkiewicz. Ten utwór podkreślał sceniczną, choć nieoficjalną pozycję artystów w branży. W sporze na szczycie drugiego obiegu rację miał VNM, zwany też Venomem. Featuringi dosłownie zmieniły jego życie. Zabetonowany, dławiony kryzysem rynek zobaczył, jak kultowy już wtedy rapowy narrator Wojciech „Sokół” Sosnowski (chwilę wcześniej tworzący hit W aucie z Piotrem Fronczewskim) daje wsparcie undergroundowcowi. Najpierw dogrywa mu się na płytę „Niuskul Mixtape” (2009), na początku lat 10. zaprasza go na „Prosto Mixtape” legendarnego DJ-a Volta, a na końcu daje mu kontrakt i legalny album. Lata 00. kończą się zresztą słodko mimo biedy zaglądającej w oczy. Symbolicznie domyka je „Album producencki” (2009) Jakuba „Quiza” Kucharczyka. Superprodukcję z najważniejszymi głosami podziemia wspierają sample z Jadwigi Strzeleckiej, Ireny Jarockiej i Haliny Frąckowiak, a serce przeszywa przekształcony wokal Stana Borysa z Już idzie dzień w outrze.
NOWOŚCI PO STAREMU
„Ej, wróćmy do czasów, gdy byliśmy nieznani” – zachęcał weteran Przemysław „Pyskaty” Chojnacki w swoim niemal rozpoczynającym lata 10. zbiorowym utworze, zaznaczając, że świat znowu jest bez granic. Można było wtedy pomyśleć, że mówi naraz faktycznie, skoro szybko rozwijały się media społecznościowe, ale także metaforycznie. W końcu rap biznesowo upadł i nikt nie wiedział, czy się podniesie. Gorzej nie będzie, więc można kombinować. Niektórzy wzięli to sobie do serca bardziej niż inni. Mało było tak rozsierdzających opinię publiczną kooperacji jak ta Wojciecha „Fokusa” Alszera z Paktofoniki z Dorotą „Dodą” Rabczewską. Doszło nawet do tego, że prekursor rapowania musiał wydać oświadczenie na swoim forum. Tłumaczył, że zna producentów popowej gwiazdy, a ci potrzebowali pomocy. Chciał podjąć wyzwanie artystyczne, a w ogóle to ma do czynienia z ciekawą, silną jednostką artystyczną. Podkreślał też, że hiphopowcom to się raczej nie spodoba – chyba że po wódce.
To jednak nic przy kontrowersyjnym przełomie w myśleniu o rapie. W 2012 roku pojawił się projekt „Równonoc” Witolda „Donatana” Czamary. Jeden z najbardziej cenionych producentów na rynku postanowił odbić w słowiańskie rytmy z całym zastępem znanych postaci. Już w intrze gościnnie pojawił się Tomasz Knapik, a na bitach zebrała się czołówka sceny. Płyty były dodawane nawet do skarpetek w jednym z internetowych sklepów rapowych, ale to tylko część prawdy o ogromnym sukcesie komercyjnym tego projektu. Przede wszystkim trafił on w naszą duszę narodową swoją przaśnością. Rap jednak nie potrzebował takiej odmiany, więc pojawiło się miejsce na coś mniej pod szerokie gusta. Opromieniony podziemnym sukcesem EP-ki z 2013 roku dość niepozorny ówcześnie tandem wydał „Art Brut”, który z miejsca wszedł do kanonu polskiego rapu. „PRO8L3M zmienił ogólnopolskie postrzeganie posiłkowania się dawnymi utworami. Za sprawą kunsztu producenckiego Steeza piosenki Haliny Frąckowiak czy Breakoutu zainteresowały młodych słuchaczy. Zyskał też sam gatunek, wychodząc na inną ulicę niż kiedyś, bo Oskar rapował surowo, a pisał zmyślnie. Dawne nie poszło na marne” – pisałem niedawno w „Gazecie Wyborczej”, gdy materiał duetu nominowano do miana polskiej płyty 25-lecia. Można śmiało powiedzieć, że to w 2014 rap przestał kojarzyć się z grabieżą, a zaczął – z byciem kustoszem w muzeum polskiej muzyki. Warto zauważyć, że ten rok był kluczowy dla połączenia starego i nowego w rymach i bitach. Odtwarzający dawne dokonania Molesty Szacunek wspomnianego PRO8L3MU, Sokoła i Kuby „Quebonafide” Grabowskiego był świętem dla słuchaczy tak zwanego prawdziwego rapu, podobnie jak zbiorowy utwór Najsilniejsi przetrwają współprodukowany przez DJ-a Premiera. Z punktu widzenia wejścia na własnych zasadach do stacji radiowych kluczowa jest jednak pop-rapowa Euforia producenta Marcina „Pawbeatsa” Pawłowskiego, wokalistki Katarzyny Grzesiek i wspomnianego Quebo.
Po tych wydarzeniach branża narodziła się na nowo. Miała więcej miejsca na eksperymenty, bo też artyści mieli więcej luzu w patrzeniu na samych siebie. Rapowanie stawało się bardziej rzemiosłem, a przestawało być ideologią. W 2015 roku wyrazem tego był projekt „Albo Inaczej”, na którym kawałki raperów śpiewali m.in. Ewa Bem, Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki czy Wojciech Gąssowski. O otwarciu się na inne jeszcze lepiej świadczy Nowy kolor z 2017 roku. Raper Miłosz „Otsochodzi” Stępień wydał utwór odwołujący się do popularnej stylistyki trapowej, odrzucając klasyczne rytmy, których był bodaj ostatnią nadzieją. Po tym wydarzeniu raczej nie może dziwić, że nawet Peja nagrywał z Igorem „Young Igim” Ośmiałowskim, nastoletnim gwiazdorem trapu. Dekadę dopełniły jeszcze dwa ważne ruchy będącego na szczycie PRO8L3MU – zaproszenie do tworzenia zarówno dla Dawida Podsiadły, jak i Artura Rojka, dzięki czemu rap w w końcu połączył się z alternatywą i popem. Sampling w pierwotnym rozumieniu zaczął zaś odchodzić w niebyt.
BITY POD STRZECHĄ
Każda historia domaga się efektownej klamry. Dla dawnego postrzegania rapu mogła się nią okazać premiera mixtape’u „De Nekst Best 2” z 2021 roku, za którym stał VNM – ten sam, który zjadł kamień, by zrobić sobie pracę z hobby. Na jego wydawnictwie pojawiło się ponad 60 raperów z trzech pokoleń – starzy nagrywali na nowoczesnych bitach, młodzi na starych, a kooperacje brzmiały jak spełnienie snu o jednej, niepodzielonej scenie. Gatunkowe dzieje rapu zamknęły jednak dwa wydawnictwa Quebonafide z czasów pandemii (2020). Pierwsze, niedoskonałe, miało raperów nawijających koślawo z gospodarzem tęskniącym za czasami, gdy wszystko było łatwiejsze i mniej biznesowe. Drugie, dopieszczone muzycznie i wokalnie, miało zaś Świętego Graala polskiego rapu – nieznany utwór wspomnianego już Smarkiego, wzięty przez Quebo od jego producenta i obrobiony przez świtę gwiazdy.
Po tych romantycznych zdarzeniach uaktywnił się kapitalizm ze swoją logiką ciągłego wzrostu. Można było odnieść wrażenie, że każdy raper nagrywa z każdym. To wtedy wystartował pierwszy projekt spod szyldu „Hotel Maffija”, na którym znaleźli się MC związani z SBM Labelem, czyli wtedy najważniejszą wytwórnią rapową w kraju. Artyści jechali razem na coś w rodzaju campu, by wspólnie imprezować, tworzyć kawałki oraz kręcić vlogi i teledyski. Później jeszcze udoskonalono tę formę działania, czego przykładem jest „club2020” z 2023 roku. To zbiorowy materiał najpopularniejszych raperek i najpopularniejszych raperów w kraju, przy którym zminimalizowano ryzyko rynkowej porażki. Ci ludzie byli tak duzi, że nie mogli razem nie zwyciężyć w starciu z portfelami i algorytmami.
Codzienność polskiego rapu w 2025 roku? Połączenie sił przez Roksanę Węgiel i Michała „Matę” Matczaka brzmi jak coś oczywistego, skoro ten drugi tworzy także z Marylą Rodowicz. Majka Jeżowska występuje z Mosą „Malikiem Montaną” Ghawsim w Polsacie. Na drugim „Art Brucie” pojawia się i Jeżowska, i Wanda i Banda gościnnie, a nie w samplach. Borys „Bedoes” Przybylski nie ma problemu ze stawaniem przy mikrofonie z Dawidem Kwiatkowskim. Ba, nawet Piotr Bajus z grupy Fatum pojawia się na odnalezionej po 20 latach EP-ce rapera Pezeta i producenta Michała „Ajrona” Dąbala. Symboliczne, skoro również 20 lat wcześniej oburzał się, gdy tenże Ajron wykorzystał sampel z Wołania jego zespołu. To najlepszy wyznacznik sukcesu.