Z Majką Jeżowską, piosenkarką i kompozytorką, rozmawia Krzysztof Nowak.
W tym roku dostałaś Nagrodę 100-lecia ZAiKS-u. Dzięki niej poczułaś się wreszcie doceniona nie tylko jako twórczyni muzyki, którą niegdyś znało każde dziecko?
Tak! To zaszczyt być laureatką tej nagrody, tym bardziej, że byłam jedną z nielicznych nagrodzonych kobiet i w tym roku świętuję 45-lecie na rynku. Poza tym na szacunek środowiska twórców trzeba naprawdę solidnie zapracować. Jestem ogromnie wdzięczna Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS za to wyróżnienie.
Czy byłoby ono możliwe, gdyby nie oderwanie łatki dzięki występowi na Pol'and'Rocku w 2019 roku?
Mój występ na Pol'and'Rocku już przeszedł do historii festiwalu jako największe zaskoczenie i wydarzenie muzyczne. Udowodnił bowiem, że moje piosenki mają uniwersalne przesłanie, są ponadczasowe i wielopokoleniowe. Dzisiejsi 40-latkowie odkryli je dla siebie na nowo... Media rozpisywały się o moim żywiołowym koncercie i „lekcji tolerancji”, jaką dałam festiwalowej publiczności. To był totalny kosmos!
Jak w ogóle trafiłaś na festiwal Jurka Owsiaka?
Dziesięć lat temu stwierdziłam, że pora na zmiany. Zaczęłam występować z zespołem i grać inną muzę. Nasza rockowa interpretacja mojej muzyki zaczęła żreć na koncertach, ale nie pchałam się na ten festiwal. Zobaczyłam za to, że powstała grupa na Facebooku, w której młodzi fani mówili, że świetnie by było, gdybym na nim zagrała. Wiesz, jakieś wpisy typu: „Ale byłyby jaja, gdybyśmy zrobili ścianę śmierci na Wszystkie dzieci nasze są”. Uznałam to za oddolną inicjatywę i zadzwoniłam do Jurka Owsiaka, że mam 40-lecie debiutu i gram teraz z rockowymi aranżacjami. On na to: „Majka, nigdy o tobie nie pomyślałem w kontekście festiwalu, ale rzucę pomysł moim ludziom, bo jestem na wakacjach”. Też uznali, że to dobry pomysł.
Potem trzeba było jeszcze zagrać. Nie obawiałaś się, że sporo ludzi przyjdzie nie tyle z ciekawości, ile ironicznie?
Jasne, że część mogła się pojawić na koncercie dla beki, żeby pośmiać się ze „starszej pani”. Zresztą już po ogłoszeniu było trochę niedowiarków, jęczących, że może jeszcze Owsiak zorganizuje koncert „Smerfnych hitów”.
Jak się przygotowywałaś na to wyzwanie sceniczne?
Zrobiliśmy z zespołem mocne, rockowe i zaskakujące aranżacje. Laleczka z saskiej porcelany była heavymetalowa, a do tego z częścią rapowaną, A ja wolę moją mamę było w wersji ska, więc rozpętało się wielkie pogo! Nawet Nergal udzielał mi lekcji growlingu (śmiech). Nie spodziewałam się, że przyjdzie aż tyle ludzi, bo na Dużej Scenie grał Decapitated, bardzo znany zespół heavy metalowy. Jadąc jednak meleksem na małą scenę, zauważyłam masę osób w tiulowych halkach i kokardach, więc podejrzewałam, że zmierzają na nasz występ.
Stres puścił?
Wręcz przeciwnie. Okazało się, że Jurek chce nas zapowiedzieć. Pomyślałam tylko: „Matko, to będzie wstyd”. Po wejściu na scenę zobaczyłam jednak ludzi po horyzont, dziki, prawie stutysięczny tłum.
Przyszli na panią ze swojego dzieciństwa, a dostali mocny, rockowy spektakl.
Wszyscy znali wszystko – dorośli faceci śpiewali i płakali, bo moja muzyka przywoływała im wspomnienia. Widziałam zbiorową ekstazę. To dla mnie najważniejszy, najpiękniejszy koncert i zwycięstwo mojej konsekwencji. Nigdy nie zapomnę uczucia wszechobecnej miłości i widoku śpiewającego tłumu.
Nawiązujące do Pol'and'Rocka Fryderyki były jednak słodko-gorzkie...
Zapis mojego koncertu był pierwszą nominacją dla Złotego Melona, czyli firmy wydającej polandrockowe albumy. Każdy mi mówił, że oddaje na mnie głos, więc pomyślałam, że muszę wygrać w kategorii muzyka rockowa. A jednak stało się to, co zawsze się dzieje, gdy głosują też ludzie związani z wytwórniami. Ostatnio powiedziałam Edycie Bartosiewicz, że ma tyle Fryderyków, a i tak mojego jedynego sprzątnęła mi sprzed nosa. Zaczęła mnie przepraszać i mówić, że mi go odda. Powiedziałam: „Spoko, nie twoja wina”. I tak sama nominacja była dowodem, że niemożliwe jest możliwe. Dałam sobie radę mimo zaszufladkowania.
No tak, sama określasz się mianem artystki osobnego gatunku. Co przez to rozumiesz?
Jestem niezależna, od przeszło trzech dekad działałam we własnej wytwórni, no i zajmowałam się niezbyt „poważaną” twórczością familijną. Do tego początek mojej drogi artystycznej był osobliwy. Zaczynałam od śpiewania na bigbitowych mszach w rodzinnym Nowym Sączu, w parafii pw. św. Kazimierza. Czasem graliśmy po dwie, trzy msze w trakcie jednej niedzieli, a kościół pękał w szwach dzięki młodym ludziom.
Prosto spod ołtarza trafiłaś do Opola?
Nie. Najpierw w 1979 roku odkrył mnie prowadzący warsztaty piosenkarskie Waldek Parzyński. Prosto z Przeglądu Piosenki Międzywojewódzkiej w Bytomiu porwał mnie do Lublińca. To tam stworzyłam piosenkę, która potem stała się Nutką w nutkę. Początkowo śpiewałam ją udawanym angielskim, czyli po flamandzku czy norwesku, jak to się mówi w branży. Waldek ją nagrał i zawiózł do redakcji nagrań Polskiego Radia.
Od razu się spodobała?
Waldek zdradził mi później, że wykazał się sprytem. Gdy szefowa Teresa Kowińska spytała, czy znalazł jakieś talenty, to powiedział: „Słuchaj, była tam taka dziewczyna, która mieszka w Stanach, ale przyjechała do rodziny w Lublińcu i do nas wpadła”. Kowińska słucha, po czym mówi: „Widać, że to nie polska piosenkarka, bo ma zupełnie inny feeling”. Dopiero wtedy wyjawił, że to laska z Nowego Sącza. Jeszcze tego samego dnia dostałam propozycję sesji nagraniowej w Polskim Radiu. Na miejscu pojawiły się jednak problemy. Uważałam tekst Andrzeja Bianusza za karkołomny. Nie rozumiałam go. W dodatku pianista nie grał utworu z odpowiednim feelingiem, po prostu jego funky nie bujało. Waldek poprosił, żebym sama zagrała ten utwór tak, jak go czuję. Dopiero wtedy zaskoczyło, bo gram bardzo gitarowo na klawiszu. Zaczęło bujać.
Dzięki temu, mimo raptem 19 lat, jechałaś na swoje pierwsze „Premiery” do Opola bez stresu?
Oczywiście, że byłam zestresowana, ale pomógł mi pewien incydent. W tamtych latach to telewizja ubierała wykonawców. Dostałam cekinowe bolerko i aksamitne spodnie, ale brakowało jeszcze fajnego topiku. Ostatecznie produkcja wzięła od Czerwonych Gitar szalik, którym owinięto mi klatkę piersiową. Już na próbie zauważyłam, że mam bardzo mało czasu, by dobiec do mikrofonu, dlatego poprosiłam dyrygenta Zbyszka Górnego, by zaczął grać dopiero wtedy, gdy wyjdę z kulis. Nie zapamiętał mojej prośby, przez co występ zaczął się zbyt szybko. W trakcie biegu na scenę szaliczek zaczął mi się zsuwać, aż w końcu znalazł się tak nisko, że z ostatniego rzędu dęciaków usłyszałam westchnięcie w stylu „Uuu”. Całą uwagę skupiłam na tym, by nie dopuścić do tego, że miliony widzów zobaczą moje młode piersi. Nie miałam kiedy się stresować samym śpiewaniem.
Czy wyróżnienie na festiwalu sprawiło, że zaszumiało ci w głowie?
Nie było na to czasu, bo jednocześnie zdawałam na studia. Udało mi się zdobyć jedno z trzech miejsc, a chętnych było kilkuset. Znowu zaśpiewałam Nutkę w nutkę, nawet sama sobie akompaniowałam. Ale tym razem to ja posłużyłam się trikiem. Drugi utwór miał być amerykańskim standardem, a ja wykonałam swoją piosenkę. Na dodatek powołałam się na Paula Jamesona, nieistniejącego kompozytora. Wyobraź to sobie – siedzą obeznani z angielskim profesorowie, a tu przychodzi panienka i wciska im kit, że jej piosenka w języku flamandzkim to standard. Jeśli nie przyjęli mnie dzięki skali mojego talentu, to nie wiem, co nimi kierowało. Niedługo później znowu miałam problemy językowe, ale poważniejsze, bo poza Polską.
Co się stało?
We wspomnianym 1979 wysłano mnie na Bałtycki Festiwal Piosenki do szwedzkiego Karlshamn. Miałam tam zaśpiewać jedną piosenkę, ale na miejscu wyszło, że jednak trzeba dwie. Postanowiłam, że zaśpiewam Żegnaj lato na rok Zdzisławy Sośnickiej, lecz nie pamiętałam tekstu. Wpadłam na pomysł, że napiszę nowe wersy, bo przecież Szwedzi mnie nie sprawdzą. Gdy stanęłam na deskach amfiteatru, to wszystko zapomniałam. Zaczęłam śpiewać, co mi ślina na język przyniosła, po czym zorientowałam się, że wśród publiczności jest Polonia. Wciąż nie wiem, czemu wygrałam Grand Prix. Największą nagrodą w tamtym okresie było jednak podpisanie kontraktu na płytę.
Dlaczego?
Pozwolenie dwudziestoletniej debiutantce, żeby zrobiła album ze swoimi kompozycjami, było nowością na polskim rynku muzycznym. Jestem wdzięczna za to dyrektorowi Wojtkowi Trzcińskiemu. Nadal jestem dumna z tej małej, odważnej Majki, która była świadoma artystycznie i nie szła na kompromisy. Umowa z firmą Wifon pozwoliła mi stworzyć materiał, na którym nie rządzili kompozytorzy, tylko ja.
A jednak chwilę po tym wydawnictwie wyjechałaś do Stanów Zjednoczonych. Zupełnie tak, jakbyś chciała storpedować swoją polską karierę.
To może tak wyglądać, ale czas w USA wiele mnie nauczył. W trakcie studiów śpiewałam jazzowe covery w klubach studenckich m.in. ze Staszkiem Sojką, a w Stanach grałam w klubach muzycznych. Zdarzyło się nawet, że w rosyjskim klubie w Los Angeles śpiewałam po rosyjsku, francusku, niemiecku, angielsku i polsku. Występowanie w lokalach było najlepszą lekcją komunikacji z publicznością, która potem zaprocentowała. Byłam jednak jedną z wielu. Nie mogłabym przebić szklanego sufitu bez kontraktu z wytwórnią czy managementem. Nikogo nie obchodziło, że tak młodo zadebiutowałam w oficjalnym obiegu w swoim kraju.
Czyli nawet dzięki teledyskowi w MTV w 1984 roku nie otarłaś się o duże granie?
Pamiętajmy, że to były początki tej stacji, a pastiszujący fast foody klip do Rats on a Budget pojawił się na antenie dzięki konkursowi. Wiadomo, że miałam ciarki, gdy Nile Rodgers przedstawił mnie w telewizji „Meczka Dżizałska”, a produkcję pokazywano w Nowym Jorku, Anglii, Francji czy Japonii, ale to tyle. Nie zarzucono mnie propozycjami wydawniczymi, więc prowadziłam podwójne życie, dzieląc czas na Amerykę i Polskę dzięki zielonej karcie.
We wspomnianym roku wyszedł też utwór A ja wolę moją mamę. W tym przypadku można mówić o prawdziwym rozpoczęciu kariery w Polsce?
Zdecydowanie. Aż do otrzymania tekstu Agnieszki Osieckiej nie czułam stuprocentowej chemii między tekstami a muzyką. Jan Borkowski, dziennikarz radiowej Trójki, dał mi go, gdy wróciłam do Polski po dwuletniej przerwie i miałam olbrzymie wyrzuty sumienia, że mój synek słucha czeskich piosenek. To właśnie synek mi powiedział, że słucham dziwnej muzyki, bo zapętlałam Janet Jackson, Michaela Jacksona i Prince’a. Postanowiłam, że nagram dla niego utwór. Wbrew pozorom to nie była piosenka dla dzieci. Zaaranżował ją Janek Borysewicz. Co więcej, nie miała też takiej łatki, gdyż nie istniała jeszcze muzyka dla dzieci jako osobna kategoria. Najmłodsi rozumieli inaczej poetycki, przepełniony smutkiem tekst. Tytułowa fraza załatwiła wszystko. Tak wbiłam się w prime time Trójki.
Zaskoczyła cię rotacja?
Trochę tak. Równie zdziwiła mnie w sumie mała popularność Papierowego Mana. To była moja pierwsza współpraca z Jackiem Cyganem, zdecydowanie wyprzedzająca czasy w Polsce swoją electro-punkowością.
Czy działanie w latach 80. w polskiej muzyce było w ogóle opłacalne dla kogoś takiego jak ty?
To były czasy, kiedy wszyscy jednakowo zarabiali. Była stawka ministerialna dla takich żuczków jak ja. Po trzech miesiącach w Polsce, grając tu mnóstwo koncertów, mogłam sobie tylko kupić bilet powrotny do Stanów. Dopiero po 1989 roku wszystko zależało od popularności i pozycji na rynku. Ja i tak sobie z tego mieszkania kupić nie mogłam. Liczyło się jednak coś innego. Na przełomie dekad zrobiliśmy z Jackiem objazdowy musical Majkowe Studio Nagrań, do którego zaprosiliśmy cyrkowców. Graliśmy w największych halach w Polsce, a te wydarzenia sprawiły, że stałam się showmanką. Chodziłam na szczudłach, przebierałam się, zmieniałam głosy... To był dla mnie moment zwrotny. Poczułam się osobą we właściwym miejscu. Jestem urodzoną showmanką.
A prawdziwym przełomem biznesowym było założenie własnego wydawnictwa Ja-Majka Music w 1994 roku?
Tak. Po powrocie ze Stanów pukałam do różnych dużych firm z płytą „Kolorowe dzieci”. Wiedziałam, że mam świetny materiał, ale nikt nie był zainteresowany wydaniem go. Byłam w kropce, a Krysia Prońko przekonała mnie, że warto założyć swoją firmę, jeśli jest się upartym i ambitnym. To życie zmusiło mnie do bycia Zosią Samosią i źle na tym nie wyszłam. Inwestowałam przede wszystkim w siebie i w swoją muzykę, więc mogłam realizować swoje wizje. Gdy chciałam zrobić teledysk do Margarity, to nie szukałam na niego sponsora, tylko zabrałam 11-osobową ekipę do Tunezji i za wszystko zapłaciłam.
Były jakieś minusy?
Moja firma nie miała działu marketingu ani PR-u, a i nie były to czasy, w których szczególnie dbano o prawa autorskie. Ale to nic przy tym, że zrobiłam coś, czego nikt mi nie odbierze – markę i prawa do wszystkich piosenek poza pierwszą płytą.
No i mogłaś wchodzić w kooperacje z tymi filmowcami, z którymi chciałaś.
Zaczęło się od filmu Kingsajz z 1988 w reżyserii Juliusza Machulskiego, dzięki czemu wyszłam z dziecięcej szuflady. To była moja aktywna walka o wizerunek piosenkarki, która umie zaśpiewać wszystko. Pamiętam, że jak poszłam do kina i na wstępie poleciała Szuflandia, to powiedziałam sama do siebie: „Ale to jest czad”. Ciekawy był przypadek Królestwa Zielonej Polany z 1994. Soundtrack zrobiłam w kooperacji z Pomatonem, ale prawie do tego nie doszło. Producent filmu wymarzył sobie, że piosenki o lesie, mrówkach i pasikonikach do filmu animowanego dla dzieci zaśpiewa Kora. Dyrekcja wytwórni jednak zaoponowała, po czym przekonała producenta, żeby dał mi to zlecenie.
O czym to świadczy?
Że dla wielu osób śpiewanie dla dzieci było biletem w jedną stronę. Jestem pewna, że nikt nie wpadłby na pomysł, bym śpiewała w filmie o gangu motocyklowym, ale Grzegorz Turnau nagrywający piosenki dla najmłodszych? To już jest okej. Każdy może wejść w moją szufladkę, a mnie nie wolno z mojej wyjść.
Ale było ci w niej wygodnie?
Oczywiście. Czasami bywała wręcz błogosławieństwem, bo zawsze miałam pracę, choć nie byłam recenzowana. Byłam prawdziwym undergroundem. Ta szuflada uwierała mnie jednak w takich momentach jak angaże na festiwale. W latach 90. pojawiła się propozycja, żebympoprowadziła jeden z koncertów w Sopocie. Reżyser się nie zgodził, mówiąc, że śpiewam dla dzieci, więc się nie nadaję. A przecież moja muzyka była wielowymiarowa. Weźmy moje hitowe Kolorowe dzieci. Zadzwoniłam do Jurka Bielunasa i powiedziałam mu: „Napisz mi tekst o tolerancji”. Rytm był obcy, szłam w ska i reggae, grali wybitni amerykańscy instrumentaliści. Jak nie miałam piosenki, z którą mogłabym jeździć na nadmorskie koncerty, to sobie zamówiłam tekst Na plaży w stylu latino albo Sambę Moskito, która była swingowym, arcytrudnym utworem ze znakomitą sekcją dętą z Chicago, której mi wszyscy zazdrościli.
Aktywnie walczyłaś o swoje.
To nie piosenki o marchewce czy o zajączku, który kica do lasu, tylko o ważnych sprawach, wartościach, które są dziecku potrzebne. Gdy ktoś mówi, że ja mam pioseneczki dla dzieci, to mnie obraża. Pioseneczki to się śpiewa w żłobkach i w przedszkolach. Moje utwory są zbyt trudne do śpiewania przez dzieci, bo chodzi o rozpiętość skali. A jednak najmłodsi je pokochali. Tworzenie dla nich jest zresztą trudniejsze niż dla dorosłych.
W jakim sensie trudniejsze?
W mojej działce „muzyki familijnej” trzeba być odpowiedzialnym za każdy tekst, aranżację. Kształtują przecież gust młodych odbiorców. Do tego jest też większa odpowiedzialność podczas występów. Dorośli zrozumieją, że złapałam gumę czy spóźnił mi się samolot. Dziecko po pięciu minutach będzie dawać wyraz swojemu znudzeniu. Na wszystkich moich płytach dbam o różnorodność muzyczną. Zależy mi zawsze na poszerzaniu horyzontów i wrażliwości muzycznej. Dlatego nagrywałam piosenki z najlepszymi muzykami sesyjnymi, z najlepszymi realizatorami dźwięku i w najlepszych studiach. Piosenki bluesowe, w rytmach karaibskich, country, reggae, bluegrass... Każdy numer był w innym stylu muzycznym, bo mi na tym zależało. Czasem mówię mojej niespełna czteroletniej wnuczce: „Teraz będzie trudna piosenka, ale usłyszysz tam komary”. I ona w tym wieku słucha swingowej, jazzowej babci. Intuicyjnie jej się to podoba. Bo dziecko chłonie wszystko, tylko trzeba mu to pokazać. Edukacja była ogromną wartością twórczości familijnej. Dobranocki, „5-10-15”, „Teleranek”... Potem wszystko zaczęło spadać z anteny, a radia nie chciały grać takiej twórczości.

Czemu tak się stało?
W latach 90. pojawiły się badania słuchalności, które podcięły skrzydła wielu osobom tworzącym muzykę. Dowiedziały się one, że ich utwory nie przechodzą tych badań, czyli nie trafią na antenę. Kiedyś usłyszałam, że moje piosenki są zbyt melodyjne albo oldschoolowe. A przecież melodia jest najważniejsza. Quincy Jones mówił, że jak pojawia się melodia, to tak, jakby Bóg na ciebie spłynął. Teraz jest internet, platformy streamingowe, więc jakoś sobie radzę. Wiesz w ogóle, co dziś mówią radiowcy do takich osób jak ja? Że tak się już nie śpiewa. To najgorsza rzecz, jaką można usłyszeć. Wyobrażasz sobie, że ktoś tak mówi śp. Zbyszkowi Wodeckiemu? Na szczęście nie zależy mi na tym, by być w radiach.
To kogo gra się w radiach?
Przede wszystkim młodych ludzi i tzw. utwory „radiowe”, a to sprawia, że wszystko jest do siebie podobne. Martwi mnie, że dużo wokalistów dzisiaj śpiewa niechlujnie, z fatalną dykcją. Czasem nie wiem, czy to w ogóle jest po polsku. Nie mówię, że tak jak kiedyś powinna istnieć komórka odsyłająca do poprawki nieczytelne utwory, ale to przykre, że słuchacze przyzwyczaili się do takiej jakości nagrań. Większym problemem jest jednak transakcentacja w popowych kawałkach. Bolą mnie od niej uszy. To pójście na łatwiznę, które się pojawia, gdy próbuje się śpiewać po angielsku, a przez to potem trzeba napisać tekst pełen jednosylabowych słów – a takich nie ma zbyt wiele w polszczyźnie. Trzeba pisać melodie, dzięki którym unika się transakcentacji, a nie brnie w nią. Tylko czego się w sumie spodziewać, gdy nawet producenci muzyczni nie wiedzą, co znaczy transakcentacja? Mam wrażenie, że świat produkuje za dużo muzycznych śmieci. W tym „śmietniku” można jednak często przypadkowo odkryć nowe muzyczne perełki.
Za to rapowy duet PRO8L3M odkrył cię na nowo – zgadzasz się czy nie?
Tak, co nie może dziwić nie tylko z powodu szuflady, ale też tego, że moja płyta „Wibracje” z 1987 wyprzedzała swoje czasy. Wtedy na topie były piosenki typu Jeszcze się tam żagiel bieli czy Jaka róża, taki cierń. Na płycie był napisany przez Andrzeja Mogielnickiego utwór Spisek owadów. Nie był przebojem, ale kiedyś Grzesiek Skawiński usłyszał ten kawałek w radiu i powiedział, że mi gratuluje, bo refren „Piekło jest w nas” jest zajebisty. Zainspirował też Steeza i Oskara, co mnie zaskoczyło. Jak to wyszperali?!
No właśnie, jak?
Wyświetliłam im się na Spotify. Dostrzegli, że „Wibracje” nie są dla dzieci. Spodobał im się refren „Piekło jest w nas”, a robili płytę bazującą na latach 80. Poprosiłam tylko, żeby nie było za dużo przekleństw. Znalazło się jednak słowo „chujnia”, ale akurat je lubię (śmiech). Zaprosili mnie na swoją trasę, pojawiłam się z nimi i na Torwarze, i na Polish Hip Hop Festiwalu w Płocku, i jeszcze na Męskim Graniu.
A jeszcze później współpracowałaś z Malikiem Montaną.
To ryzykowne przez sznyt jego twórczości. Jacek Cygan przysłał mi na mój jubileusz tekst Bawimy się w życie, w którym cytował fragmenty moich piosenek. Siadałam do niego kilka razy, ale nie mogłam wpaść na dobry pomysł. Łatwiej było mi chwilę wcześniej z Jackowym Duszkiem, bo postawiłam na walczyka i melodię lekką jak tytułowy duszek. Chciałam zrobić coś niecodziennego. Zaproszenie Malika było kontrowersyjne i niespodziewane dla ludzi. Wiadomo, jest łobuzem w tekstach, ale powiedziałam mu: „Słuchaj, za pierwszą część odpowiada Jacek Cygan, więc musisz stanąć na wysokości zadania”. Zszokowało mnie, że Malik nawet nie zapisywał w studiu tekstu, tylko rapował z głowy. To dowód, że jest bardzo kumatym człowiekiem.
Do tych przykładów współpracy nie pasuje mi piosenka do filmu Kicia Kocia – Biała zabawa. Znowu wepchnęłaś się w szufladkę.
To był prezent dla mojej małej wnuczki Róży. Gdy dostałam telefon od produkcji filmu z propozycją napisania piosenki, to nie wiedziałam, o co chodzi. Powiedziałam więc na głos: „Jaka Kicia Kocia?”. Na to odezwała się moja wnuczka, cała podekscytowana. Przeprosiłam rozmówcę, mówiąc: „Widzę, że wnuczka zna Kicię Kocię”. Wcześniej nie pisałam dla tak małych dzieci, a na dokładkę chodziło o zimową piosenkę, dlatego było to ciekawe wyzwanie. Zresztą to właśnie wnuczka była największą moją inspiracją. Muszę też podkreślić, że ja w ogóle nie piszę dla siebie.
To dla kogo?
Dla ludzi. Pisząc każdą piosenkę, wyobrażam sobie wykonywanie jej dla nich. Tylko wtedy ma to sens. To taka usługa dla innych. Może dlatego z mojego koncertu wszyscy wychodzą uśmiechnięci i podśpiewujący. To najweselszy występ, na którym prawdopodobnie byli.
Niedawno zostałaś jurorką w „The Voice Senior”. Czy to ostateczne wyjście z szuflady, która przewija się przez całą naszą rozmowę?
Marzyłam o takiej roli, bo wiedziałam, że się do niej nadaję. Umiem słuchać, rozmawiać i dawać rady. Przez 15 lat byłam jurorką na festiwalu moich piosenek „Rytm i melodia”.
Ten program to obecnie twoja największa radość?
Raczej satysfakcja i dobra zabawa. Chyba jednak koncertowanie to moja największa radość. Po każdym występie czuję się spełniona. Mam fantastyczny zespół i świetny repertuar, który łączy pod sceną wszystkie pokolenia. Nie wychodzę na scenę po to, by mnie podziwiano. Chcę, żeby ludzie dobrze się bawili, to ma być zastrzyk pozytywnej energii. Jestem kolorowa i daję czadu. Dopóki mam zdrowie, to taka będę. Nie zmienię się z powodu PESEL-u.