O tym, co niewypowiedziane

Elżbieta Frątczak-Nowotny
19.12.2023

Laureatem tegorocznej Literackiej Nagrody Nobla został Jon Fosse, norweski poeta, prozaik, ale przede wszystkim jeden z najwybitniejszych współczesnych dramatopisarzy.

Zaskoczenie? Tak, choć nie do końca. Fosse był bowiem od dobrych 10 lat wymieniany wśród kandydatów do tej nagrody. Jego dzieła zostały przetłumaczone na ponad 50 języków, a jego sztuki grane są dzisiaj na całym świecie. 

Ostatnio jednak coraz więcej miejsca w twórczości Fossego zajmuje proza, znakomicie przyjęta zarówno przez czytelników, jak i krytyków literackich. W Polsce kilka dni przed ogłoszeniem werdyktu nakładem wydawnictwa ArtRage ukazało się Drugie imię, pierwszy tom Septologii w znakomitym przekładzie Iwony Zimnickiej. Dzieło to zostało uznane za opus magnum autora. Myślę, że właśnie ta różnorodność jego twórczości: od poezji, przez dramat i prozę, w znacznej mierze zaważyła na decyzji Akademii Szwedzkiej. Tak więc wybór tegorocznego laureata nie powinien dziwić. 

Jon Fosse urodził się 29 września 1959 roku w Haugesund, niewielkim portowym mieście na południowo-zachodnim wybrzeżu Norwegii. Studiował literaturoznawstwo i filozofię na uniwersytecie w Bergen. W 1983 roku zadebiutował jako prozaik powieścią Raudt, svart (Czerwone, czarne), jego pierwsza sztuka Og aldri skal vi skiljast (I nigdy się nie rozłączymy) miała premierę w Bergen w 1994 roku. Ale – jak sam kiedyś stwierdził – pisze niemal od zawsze: wiersze, powieści, eseje, także książki i sztuki dla dzieci. Jednak światowy rozgłos zyskał dzięki swoim sztukom. Podczas jednego ze swoich pobytów w Polsce opowiadał rozbawiony, jak to się stało, że został „znanym pisarzem”. Otóż jako młody twórca otrzymał stypendium, nie była to jednak określona suma pieniędzy, tylko kilkutygodniowy pobyt w jednej z norweskich rezydencji dla twórców. Po pierwszym tygodniu spędzonym na towarzyskich rozmowach w miłych okolicznościach przy winie stwierdził w końcu, że powinien „coś z siebie dać”, i podobno tak „to się zaczęło”. 

W Polsce jego twórczością dramaturgiczną pierwszy zainteresował się miesięcznik „Dialog”. W 2000 roku w jednym z numerów ukazało się Dziecko w przekładzie Haliny Thylwe, rok później Imię, w moim przekładzie. Obie sztuki uchodzą do dziś za jedne z najważniejszych w dorobku Fossego. W kolejnych latach pojawiły się przekłady kolejnych: Ładny letni dzień, Sen o jesieni, Matka i dziecko, Ktoś przyjdzie, Zima, Odwiedziny, by wymienić tylko kilka z nich. Wiele trafiło na sceny w całej Polsce. Sztuki grane były m.in. w teatrach w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Częstochowie. W 2005 roku nakładem Agencji ADiT ukazał się wybór jego dramatów w przekładzie Haliny Thylwe, sztuki w moim przekładzie są dostępne w bibliotece teatralnej ZAiKS-u. 

fot. Ole Berg-Rusten, PAP
fot. Ole Berg-Rusten, PAP

Fosse debiutował jako poeta i chociaż dzisiaj nie pisze już wierszy, to cała jego twórczość przesiąknięta jest poezją, pełniącą rolę specyficznego spoiwa. Język jest szalenie minimalistyczny, wyjątkowy, poetycki i rytmiczny, ale na swój charakterystyczny sposób, co jest szczególnie widoczne w dramatach. Krótkie, niedokończone zdania, niekiedy wręcz pojedyncze słowa bez adresata, słowa wieloznaczne, jakby zawieszone w powietrzu, urwane myśli, powtórzenia. Monolog wewnętrzny bohaterów często miesza się z prowadzonym przez nich dialogiem. Niektórzy zarzucają Fossemu brak emocji, ale przecież chłód też jest emocją, więc nie dajmy się zwieść pozorom. Autor pisze o samotności, o pustce w naszym życiu, o niemożności porozumienia się, o tym że nie słuchamy się nawzajem. Tak bardzo pragniemy, by ktoś nas wysłuchał, ale sami nie słuchamy innych. Mijamy się słowami. Zostawiamy dla siebie nasze lęki i niepokoje, ale też i nasze pragnienia. Fosse pisze o tym, co niewypowiedziane. 

Podkreśliła to Akademia Szwedzka w swoim uzasadnieniu, ogłaszając, iż przyznaje nagrodę za „nowatorskie sztuki i prozę, która daje głos temu, co niewypowiedziane”. Ale to niewypowiedziane przecież istnieje, pustka zawiera tajemnicę. Ktoś przyjdzie: czekamy. Sen o jesieni: śnimy. Ten wątek jest stale obecny w twórczości Fossego. Inny, też ciągle powracający w jego dziełach, głównie dramatach, to nasza bezsilność wobec świata przyrody. Jesteśmy bezradni wobec jego potęgi. Przyroda, natura jest obecna w jego sztukach, nawet jeśli nie jest widoczna w scenografii. Gdzieś słychać szum morza, wiatru, najczęściej tajemniczy, złowieszczy. 

Język i styl narracji są bardzo charakterystyczne. Ciekawe jest również to, że bohaterowie jego dramatów rzadko noszą konkretne imiona. W jego sztukach występują na przykład: Młodsza Kobieta, Mężczyzna, Starsza Przyjaciółka. Mam też wrażenie, że dodatkowym bohaterem jego sztuk niemal zawsze jest pauza. To jedna z nielicznych, ale też chyba najważniejszych wskazówek autora zarówno dla reżysera, jak i aktorów. I najtrudniejsza. Bo przecież na scenie każda sekunda ciszy ma znaczenie. Od tych sekund zależy bardzo wiele. Fosse w dużej mierze daje tu reżyserom wolną rękę, co sprawia, że wystawienia tej samej sztuki bardzo się różnią. Pamiętam dwa bardzo poruszające, ale jakże różne wersje Snu o jesieni. Jedna w reżyserii Mariusza Wojciechowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie i druga w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, które to przedstawienie później zostało także zaprezentowane w Teatrze Telewizji. 

 

Fosse stwierdził kiedyś, że pisanie jest dla niego podróżą w nieznane. Zaczynając ją, nigdy nie wie, dokąd go zaprowadzi. Zwykle po napisaniu dłuższego fragmentu wraca do początku, wsłuchuje się we własne słowa i dopiero wtedy podejmuje decyzję, co dalej, jak potoczą się losy bohaterów.

 

Być może właśnie ta dowolność interpretacji, metafizyczność i uniwersalizm, te niedopowiedziane kwestie sprawiają, że po jego sztuki sięgają reżyserzy na całym świecie, a obejrzały je setki tysięcy ludzi, bo autor cieszy się popularnością w krajach o tak różnych kulturach jak Francja i Japonia. 

Fosse stwierdził kiedyś, że pisanie jest dla niego podróżą w nieznane. Zaczynając ją, nigdy nie wie, dokąd go zaprowadzi. Zwykle po napisaniu dłuższego fragmentu wraca do początku, wsłuchuje się we własne słowa i dopiero wtedy podejmuje decyzję, co dalej, jak potoczą się losy bohaterów. Potrafi jednak sprawić, że my – czytelnicy i widzowie – śledzimy je z zapartym tchem. 

Dla tłumaczki czy tłumacza z pozoru ten prosty język jest dużym wyzwaniem. To język zainspirowany muzyką, ma swój rytm, ale ten rytm polega głównie na powtórzeniach słów bądź całych fraz, na doborze słów, ich brzmieniu, które przecież w różnych językach jest różne, budzi też różne skojarzenia. Przyznaję, że dla mnie praca nad tekstami Fossego też często bywała podróżą w nieznane. Może nie do końca, bo cel zawsze był znany, ale pozostawało pytanie, jak go osiągnąć? Jak dobrać słowa, zachowując wierność oryginałowi, zachowując ten specyficzny rytm narracji, a jednocześnie zadbać, by ich wydźwięk był zgodny z intencją autora. Jak wyrazić to, co niewypowiedziane. 

Dodatkową trudnością jest także fakt, że autor pisze w nynorsk, języku nowonorweskim. Powstał on w drugiej połowie XIX wieku m.in. w celu zastąpienia duńskich naleciałości słownictwem zaczerpniętym z tradycyjnych norweskich dialektów. Nowonorweskim, który dla Fossego był językiem ojczystym, mówi dzisiaj niespełna 10% ludności, głównie na południu w zachodniej Norwegii. Generalnie jest on zrozumiały dla większości Norwegów, ale od tłumaczki wymaga dodatkowej uważności. 

W Norwegii Fosse bywa porównywany do Ibsena, w 1996 roku otrzymał nawet nagrodę jego imienia. W Skandynawii często też porównuje się go do innego światowej sławy skandynawskiego dramaturga, Szweda Larsa Noréna, którego kilka sztuk również miałam przyjemność tłumaczyć. Uważam, że chociaż w jakiejś mierze te porównania mogą być uzasadnione, to jednak w przeciwieństwie do twórczości Noréna, sztuki Fossego nie są zaangażowane ani społecznie, ani politycznie. W centrum uwagi zawsze jest człowiek i jego dylematy moralne i życiowe. Nasza bezradność wobec rzeczywistości, tej ciemnej strony życia, i bezsilność wobec świata przyrody, a w tym wszystkim jeszcze niemożność nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem. Krytycy literaccy wskazują na inspirację nie tylko muzyką, ale i malarstwem skandynawskim, zwracając uwagę na dzieła norweskiego malarza Edvarda Muncha i mniej znanego, aczkolwiek znakomitego duńskiego malarza z przełomu XIX i XX wieku, Vilhelma Hammershøia. Jego obrazy charakteryzują się stonowanym tłem, najczęściej są to różne odcienie szarości i bieli, a pokazani na nich ludzie stoją bądź siedzą odwróceni do nas plecami lub bokiem. Pustka, samotność, niemy krzyk rozpaczy. Niedawna wystawa jego dzieł zaprezentowana w Muzeum Narodowym w Poznaniu a potem w Krakowie nosiła znamienny tytuł: „Światło i cisza”. Te słowa znakomicie oddają też nastrój wielu jego dramatów. Uniwersalny minimalizm. Pustka, która jednak kryje w sobie tajemnicę. Zapewne inną u Hammershøia i u Fossego, i inną w przypadku każdego z nas. Ale może właśnie dlatego Fosse tak fascynuje? Dlatego, że nie daje konkretnych wskazówek, nie moralizuje. Zostawia pole do własnych przemyśleń i interpretacji. 

Sam podkreśla co prawda, że po latach bycia ateistą dzisiaj jest chrześcijaninem, a ostatnio przeszedł nawet na katolicyzm. Ale w jednym z wywiadów mówi też, że byłby ostrożny z „używaniem określenia Bóg. To wielkie słowo, potężne, definiowane na wiele sposobów”. W niedawnej rozmowie z Michałem Nogasiem, ale także we wcześniejszych wypowiedziach dla norweskiej prasy, podkreślał wielokrotnie, że nie chce być bluźniercą i człowiekiem pysznym i nigdy „nie powiedziałby, że to, co pisze, pochodzi od Boga”. 

Po latach poświęconych głównie dramaturgii Fosse powrócił ostatnio do prozy. Twierdzi, że bardziej odpowiada mu jej wolniejszy rytm, możliwość usunięcia się nieco w cień. Teatr wymaga większej intensywności i zaangażowania: premiery, spotkania, próby, a on dzisiaj potrzebuje ciszy i spokoju. Jednak jego proza jest równie szczególna jak jego dramaty, poetycka, często jest to po prostu nieprzerywany niczym potok słów. Wspomniana wcześniej monumentalna i mistyczna Septologia, siedmioksiąg, siedem części w trzech tomach, to pierwsze spotkanie polskiego czytelnika z jego prozą. 

Natomiast jeśli chodzi o dramaty, to, o ile mi wiadomo, obecnie żaden z polskich teatrów nie ma jego sztuk w swoim repertuarze. Mam nadzieję, że to się zmieni i jego dramaty wkrótce wrócą na sceny naszych teatrów, a zanim to nastąpi, zachęcam do zapoznania się z pozycjami dostępnymi w bibliotece ZAiKS-u. Nie wiem, czy mogę życzyć miłej lektury, na pewno będzie ona interesująca i dająca do myślenia! 

Przeczytaj więcej

Nie ma więcej tekstów na ten temat

Nie ma więcej tekstów na ten temat
#Artykuł z kwartalnika
#nagroda Nobla
#twórcy
#kwartalnik nr 40