Czarne złoto

Maciej Stuhr
19.12.2022

Kto wie, do czego by to doszło, gdyby nie interwencja naszego rządu. W obliczu kryzysu energetycznego nie pozostało nic innego, jak szukać nowych źródeł, nowych dostawców i kontrahentów. Co prawda zapasy węgla u nas mają wystarczyć na 200 lat i każdy to wie, ale z przyczyn, których tutaj nie warto roztrząsać i na wierzch wyciągać, lepiej póki co węgiel sprowadzać, niż te zapasy marnować. Tak czy siak, rada w radę, postanowiono błyskawicznie rozpocząć import czarnego złota nawet z najdalszych zakątków ziemi. Na świecie wojna, na świecie zaraza, nie pora na dywagacje.

Wśród nowych partnerów rodzimej energetyki znalazła się kompania Carbon Esperanza de un Mañana Mejor posiadająca kilka kopalni gdzieś na pograniczu Ameryk Środkowej i Południowej. Rozliczne wojny, potyczki, porachunki karteli narkotykowych oraz wszechobecny, gęsty las tropikalny sprawiały, że rdzenna ludność, a nawet właściciele kompanii nie mieli stuprocentowej pewności, w jakim kraju się aktualnie znajdują. Spółka nie należała do gigantów, ale złoża posiadała całkiem bogate, które służyły jeszcze starożytnym plemionom indiańskim. Jej kopalnie były jednocześnie odwiecznym poligonem dla wielu pokoleń archeologów. I oprócz węgla wydobywano tam równie cenne artefakty w postaci totemów, amuletów, przedmiotów kultu, a nawet sarkofagów. Mimo znakomitej jakości surowca, kompania jednak nigdy nie odniosła światowego sukcesu. Kursy akcji często gwałtownie rosły tylko po to, aby niespodziewanie runąć jeszcze szybciej w dół. Obecny kryzys jednak znów umieścił spółkę na krzywej wznoszącej. Nic nie zapowiadało jakichkolwiek kłopotów w związku z polskim kontraktem.

Do pierwszych trudnych do wyjaśnienia zdarzeń doszło już podczas transportu. Gigantyczny kontenerowiec Broma Sobre Bromas wyruszył z Puerto Cabello zgodnie z planem, wyładowany po brzegi węglem mającym rozpalić do czerwoności polskie piece. Ósmego dnia żeglugi, na wysokości wyspy St.George’s na Bermudach, starszy marynarz José Maria Perverso Bufon o godzinie 6:47 poinformował kapitana, a ten z kolei port macierzysty i docelowy, że cały ładunek zniknął z jednostki... Komunikat był niezwykle lakoniczny, szokujący, ale niepozostawiający wątpliwości – amerykański węgiel wyparował. Atmosferę dodatkowo podgrzał fakt braku łączności z Broma Sobre Bromas przez kolejne kilka godzin. Jakież było jednak zdumienie i nieskrywana radość kontahentów, gdy o 16:29 czasu polskiego, tuż przed przekazaniem mediom tych hiobowych wieści, do portów dotarł jeszcze dziwniejszy, choć równie lakoniczny komunikat od załogi kontenerowca: „Możecie spać spokojnie. Cały ładunek jednostki zgodny ze stanem wyjściowym i oczekiwanym”. Jak dotychczas nie udało się wyjaśnić, co właściwie zdarzyło się na Bromie. Gdy statek dotarł do Polski, węgiel rzeczywiście znajdował się na pokładzie, w odróżnieniu od José Marii Perverso Bufona, który nie tylko nie dotarł do naszych brzegów, ale też w ogóle nie widniał na liście załogi...

Nie będę tu opisywał zamieszania, jakie spowodował fakt niezmieszczenia się statku w nowo otwartym przekopie Mierzei Wiślanej. Miała być wielka feta i huczne powitanie w porcie w Elblągu (kapitan Pereira pochodził zresztą z portorykańskiej wioski El Bloque, co miało być dodatkowym smaczkiem ceremonii). Koniec końców nie zmieścili się, próbowali – nie wyszło – popłynęli do Gdyni, koniec tematu i nie ma się co wyzłośliwiać.

Najdziwniejsze jednak miało dopiero nadejść. Węgiel po poświęceniu przez metropolitę krakowskiego rozjechał się do składów w całej Polsce. Towar trafił zarówno do odbiorców indywidualnych, jak i do zakładów. Pierwsze reakcje klientów były entuzjastyczne. Był to niewątpliwie najbardziej wydajny surowiec, jaki można sobie wyobrazić. Ale jego wartość energetyczna to tylko część właściwości, które dało się zaobserwować przy jego stosowaniu. Przytoczmy garść faktów, które na pierwszy rzut oka wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego.

Małżeństwo ze Zgierza, z 30-letnim stażem, było widziane na romantycznym spacerze w parku Kościuszki. Było to o tyle dziwne, że dotąd wspólnie pojawiali się tylko na komisariacie, odpowiadając za przejawy wzajemnej przemocy domowej. Reżyser jednej z krakowskich scen, oskarżany wielokrotnie o mobbing, próbował nawrzeszczeć na swoich aktorów, ale w zamian rozpłakał się, przytulił wszystkich, po czym rozebrał się do naga i zaczął recytować wiersze Fernando Pessoi. W oryginale. Kibice Arki, Legii i Wisły po stracie gola gromko krzyczeli: „Jeszcze jeden!”. Procederu tego w żaden sposób nie dało się zatrzymać. Tymczasem prominentni działacze rządzącej partii gremialnie zaczęli gromadzić się w centralnych punktach miast, krzycząc „Kon-sty-tu-cja!“.

Jak wykazało wstępne dochodzenie, wszyscy uczestnicy tych zdumiewających zdarzeń, jak również tysięcy innych o podobnym charakterze, przebywali w pomieszczeniach ogrzewanych tajemniczym węglem kompanii Carbon Esperanza de un Mañana Mejor. Wszyscy oni zatracili jakąkolwiek zdolność do przejawiania złej energii. Nawet zwykłe podniesienie głosu jest dla ofiar oddziaływania tego surowca absolutnie niewykonalne, nie mówiąc już o możliwości kłótni, bójki czy nawet hejtowania kogoś w necie.

W momencie, gdy piszę te słowa, zebrało się Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. W obliczu niebezpieczeństwa utraty tożsamości narodowej rząd ma jeszcze dziś podjąć kolejne stanowcze kroki.

Inspirowane opowiadaniem Karela Čapka

 

Inne artykuły

Pokazuj
Wszystkie
#Artykuł z kwartalnika
#felieton
#Maciej Stuhr