Jerzy Pilch

Wyrwa po zawodowcu
29.05.2020
Fot. Wojciech Druszcz
Fot. Wojciech Druszcz

„Generalnie ludzie umierają w ten sposób – pisał w Drugim dzienniku pod datą 30 marca 2013, a pisał to o śmierci Krzysztofa Kozłowskiego – że są, a potem ich nie ma. Jednych wspomina się krócej, innych dłużej, za jednymi się tęskni, za drugimi wcale – śmierć, koniec czyjegoś świata, w zasadzie nie ma dla świata znaczenia, świat istnieje dalej. Z wyjątkiem tych przypadków, kiedy przestaje istnieć, wylatuje w powietrze, idzie w rozsypkę. Z wyjątkiem tych przypadków, kiedy powstają w nim wyrwy jak po katastrofie, leje jak po bombardowaniu i finezyjne szczeliny, przez które przebija silne światło daremności istnienia”.

Jerzy Pilch był jednym z najwybitniejszych prozaików ostatnich kilku dekad. Wypracował własny niepodrabialny styl, a z rodzinnej, „luterskiej” Wisły uczynił coś na kształt polskiego Macondo. Był też nieporównanym felietonistą, który sprawiał, że rzesze wielbicieli przez wiele lat lekturę „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki”, „Dziennika” i „Przekroju” zaczynały od jego tekstów.

Że została, że zostanie po nim wyrwa, to rzecz pewna, bo Jerzy Pilch był na wiele sposobów wyjątkowy. Chyba nikt inny zajmujący się literaturą (w sensie ścisłym – on sam lubił w pisaniu szafować takim właśnie uściśleniem) nie trafił i na salony, i pod strzechy jak on. Był więc Pilch prozaik, felietonista, diarysta, samotnik, bywalec, ulubieniec Krakowa, Warszawy i Wisły, a przez chwilę i Kielc, pierwszy luteranin RP, pogromca serc niewieścich, rzucający uroki na niemal wszystkich, których napotkał. Był cierpliwy kibic Cracovii, piewca warszawskiej ulicy Hożej, łowca lukratywnych kontraktów, tytan pracowitości, mistrz nagłych i bolesnych dla niektórych wolt, laureat nagród i pieszczoch opinii, chwalony przytomnie i nieprzytomnie, czasem nieprzytomnie atakowany, co tylko dodawało mu blasku.

I był Jerzy Pilch długo zmagający się z demonem alkoholu, a w ostatnich latach z chorobą Parkinsona, z której uczynił też ważny temat swoich dzienników. Zresztą, niemal każde z jego wcieleń znajdziemy, mniej czy bardziej przetworzone, w powieściach, opowiadaniach, felietonach, w idących chyba w setki wywiadach dla pism najróżniejszego autoramentu. „Stworzył tak malowniczą postać samego siebie, że okładki pism kolorowych, którym wywiadów udzielał z kapryśną szczodrobliwością, wyglądały przy nim jak habity szarytek w dyskotekowej mgle” – pisał w swoim wspomnieniu w internetowym „dwutygodniku.com” Marek Zaleski.

Zyskał sławę na długo przed książkowym debiutem – tomem opowiadań Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej (wydanym w londyńskim Pulsie w 1988 roku, a rok później wyróżnionym Nagrodą Fundacji imienia Kościelskich) – właśnie jako zjadliwy felietonista krakowskiego mówionego pisma „NaGłos”, gdzie szczególnie upodobał sobie okrutne naigrawanie się z literackich wypocin czempionów stanu wojennego. (To wtedy, we wczesnych latach 80., dowiedziałem się o istnieniu Jerzego, słuchając nagranego na kasetę wydania „NaGłosu” z Pilchową recenzją tomu wierszy erotycznych Janusza Przymanowskiego).

Fortuna długo mu sprzyjała. Jego książki rozchwytywano, podpisywał lukratywne kontrakty, bywał aktorem, bohaterem kronik towarzyskich i uczonych analiz. Nawet gdy był mniej czynny lub w słabszej formie, wszyscy wiedzieli, że jest, i że prędzej czy później na księgarskich półkach pojawi się „nowy Pilch” i będzie o czym rozmawiać. W roku 2001 otrzymał Nagrodę Nike za powieść Pod Mocnym Aniołem, zekranizowaną potem przez Wojtka Smarzowskiego, w 2013 nagrodę miesięcznika „Odra”, a w 2014 Nagrodę Literacką Gdynia za swoją najwybitniejszą, jak sądzę, i najbardziej tajemniczą książkę Wiele demonów. To w niej, myślę sobie, osiągnął pisarskie spełnienie, i to ona wraz garścią felietonów wszystkim przyszłym czytelnikom zaświadczać będzie o jego artystycznej wielkości.

Zmarł późnym piątkowym popołudniem. W Kielcach, dokąd przeprowadzili się z żoną z Warszawy w grudniu ubiegłego roku – i tam spoczęły jego prochy.
Przed przeprowadzką co jakiś czas spotykaliśmy się w parę osób z Jerzym i Kingą w warszawskiej księgarni „Korekty” przy placu Zbawiciela, żeby wypić kawę i niezobowiązująco pogadać. Potem przyszła zima, po niej pandemia i nic nie wyszło z planowanej wyprawy do Kielc, żeby sprawdzić, jak się też Pilchowie urządzili w nowym miejscu.

Bardzo go zawsze lubiłem. Także i za to, że kiedyś napisałem recenzję, która go najwidoczniej rozwścieczyła i zmasakrował mnie, niekoniecznie słusznie, w swoim felietonie dla „Dziennika”, ale po jakimś czasie, kiedy zaczynał pisanie dla „Przekroju”, gdzie wtedy pracowałem, wziął mnie na bok, przeprosił i powiedział: „Wiesz, jesteśmy zawodowcami, czasami faulujemy, ale obaj wiemy, że tak się w to gra”.

Niech spoczywa w pokoju.

 

Marcin Sendecki

#Jerzy Pilch
#pożegnania
#odeszliOdNas
#literatura