Nie ma dla mnie rzeczy trudnych

3.04.2026

Z Haliną Cieplińską-Bitner, tłumaczką, laureatką Nagrody ZAiKS-u za przekład, rozmawia Olga Krysiak

Opowiedz, kim jesteś, skąd pochodzisz i jakie masz korzenie.
Z Łodzi. Mama prawniczka, tata wykładowca politechniki. A ja jestem anglistką i amerykanistką, absolwentką Uniwersytetu Łódzkiego. Mówiło się za czasów moich studiów, że nasza anglistyka jest najlepsza w Polsce. Pomimo głębokiego PRL-u był dostęp do zachodnich podręczników i czasopism, mogliśmy wyjeżdżać, mieliśmy wykładowców z Anglii i Stanów Zjednoczonych, którzy oczywiście traktowali nas w sposób przyjęty na uczelniach w ich krajach, na przykład urządzali dla nas zajęcia w swoich domach. Bardzo cenili samodzielne myślenie, nawet niezgodne z ogólnie przyjętą teorią czy wiedzą, byle solidnie uargumentowane. Coś niebywałego w PRL-u, bajkowa przygoda!

Dlaczego wybrałaś anglistykę?
I co robiłaś po studiach, bo wiem, że miałaś wyjątkowo barwne życie. Cóż, nie przejęłam zainteresowań rodziców. „Wpadłam” w kulturę anglosaską już w podstawówce, od czwartej klasy uczyłam się angielskiego, prywatnie i w szkole, zamiast rosyjskiego, który zaczęłam dopiero w liceum. Czytałam możliwie wszystkie wydawane wtedy u nas książki angielskie – oczywiście była to głównie bezpieczna klasyka brytyjska i amerykańska, ale już zaczynali ukazywać się Hemingway, Faulkner, Salinger czy Saroyan. Zauroczyły mnie kultury obu tych krajów, oczywiście je idealizowałam, co było łatwe w szarej rzeczywistości PRL-u – tu u nas prawie wszystko istniało „na niby”. Śledziliśmy jednak fermenty młodzieżowe na Zachodzie, część z nas im ulegała i uciekała na przykład w Bieszczady czy w Tatry, by tam mieszkać albo chociaż bywać, stwarzając sobie jakieś bardziej satysfakcjonujące alternatywne, niszowe życie. Po latach, w 2024, opisałam to w artykule dla kwartalnika „The Thoreau Society”, światowego towarzystwa z siedzibą w Concord w stanie Massachusetts, do którego – jako jedyną osobę z Polski – zaproszono mnie w 1981, co było dla mnie wielkim zaszczytem. W pewien sposób uczciłam tym artykułem półwiecze obecności Thoreau w pierwszych polskich, moich, przekładach.

Wprowadzenie Thoreau na naszą scenę literacką, tłumaczenie w 1973 dla „Twórczości” jego eseju Życie bez zasad i słynnego Obywatelskiego nieposłuszeństwa, które w końcu ukazało się w miesięczniku w czasie tzw. karnawału Solidarności w 1981 roku – po kilkuletnim „półkowaniu”, co uświadomił mi Jarosław Iwaszkiewicz, ówczesny redaktor naczelny – a później trwające wiele lat przekładanie dzieła Walden stało się dla mnie też taką niszą. Za ten przekład i jego opracowanie dostałam w 1992 I Nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy. Książka od lat jest w ciągłej sprzedaży, więc moje marzenie, by spopularyzować przesłanie tego arcydzieła światowej literatury, naprawdę się spełniło.

Podobną niszą był dla mnie Klub Wysokogórski. Jeszcze w Łodzi – jako polska korespondentka brytyjskiego czasopisma „Mountain” – przesyłałam relacje o polskiej eksploracji gór wysokich świata, w tym o pierwszych naszych wyprawach w Himalaje. Cieszyło mnie, że wiadomości o tych wielkich osiągnięciach Zawady, Kukuczki, Piotrowskiego, Wandy Rutkiewicz i innych mogły trafić na Zachód. Musiałam oczywiście sama stworzyć specjalistyczny słownik polsko- angielski – jak napisać półka skalna, komin, przewieszka, chwyt, stopień, ściana, szczelina, żleb, haki, raki itp.

W czasie studiów, a i potem, bywałam co roku w Londynie, zapraszana przez wuja. Jak wszystkie moje koleżanki, szlifowałam język jako au pair i kelnerka, ukończyłam też kursy podyplomowe w Cambridge i w Londynie. Dzięki kilku gotowym przekładom Amerykanie zafundowali mi stypendium Salzburg Seminar in American Studies w 1977 roku i ponownie w 1985. To szacowna instytucja, powstała w Salzburgu (1947) pod auspicjami Uniwersytetu Harvarda. Niektóre nawiązane tam kontakty podtrzymuję do dzisiaj, podobnie jak znajomości z International Writing Program na Uniwersytecie Iowa, gdzie byłam w 1999.

Kolejne niesamowite stypendium dostałam od Amerykanów w 1986. Obleciałam pół Stanów, miałam spotkania na uniwersytetach, ale i bardziej prywatne, z pisarzami. Byłam m.in. u Czesława Miłosza w jego domu w Berkley, pokazał mi historyczny list od Szymona Wiesenthala; u Susan Sontag w Nowym Jorku na śniadaniu z uciekinierem politycznym z Chile. Z Robertem Cooverem, którego wydaliśmy w PIW-ie, spotkaliśmy się w knajpce w centrum Cambridge – stypendium dawało mi też rezydencję przy Harvardzie. Mam także przemiłe wspomnienia z otwartego dla gości domu Ani i Staszka Barańczaków – obchodziliśmy wtedy jego 40. urodziny, paląc papierosy tylko na zewnątrz, bo Ameryka właśnie zaczęła walkę z nikotyną. Oczywiście odwiedziłam Concord, rodzinne miasteczko Thoreau, staw Walden i chatę nad jego brzegiem – ikony wielu lat mojego życia.

We wspomnianym Państwowym Instytucie Wydawniczym przepracowałaś 12 lat.
Etat redaktorki udało mi się dostać w 1979, PIW był wtedy najlepszą polską oficyną. Pracowałam do 1991, przez ostatnie sześć lat – po odejściu na emeryturę naszego szefa Krzysztofa Zarzeckiego – jako kierowniczka Redakcji Angielskiej. Kiedy w 1991 po stypendium wydawniczym w Londynie znów znalazłam się w Warszawie, dopadły mnie wszystkie problemy świata wydawniczego. To były ciągle czasy transformacji, coś nagle znikało, coś się pojawiało. I podobny los spotkał również moje trzy zawody: tłumaczki literatury pięknej, redaktorki i wydawczyni. Państwowe wydawnictwa upadały albo prywatyzowały się, więc wielu doświadczonych redaktorów merytorycznych zwalniano. Do 1989 roku istniało w Polsce raptem kilkadziesiąt wydawnictw kontrolowanych przez państwo, a potem nagle zarejestrowało się około 2500 wydawnictw prywatnych, które sprzedawały głównie zakazaną w PRL-u literaturę sensacyjną (dopiero w 1990 poznaliśmy np. Jamesa Bonda!) oraz tzw. gułagową. Dla większości tych „wydawnictw” nie pracowali redaktorzy znający zawód, nie przestrzegano też praw autorskich, chodziło tylko o to, by zbić szybki interes. Nasze dawne przekłady bezprawnie powielano i sprzedawano na ulicach. Nowi „tłumacze” przekładali książki dosłownie, więc nie dawało się ich czytać. Hurtownicy rządzili, narzucając ogromne marże, tak że sytuacja wydawców, księgarzy, autorów i tłumaczy była pożałowania godna. Chyba w podobnej kolejności można często wyliczyć te branże dziś, jeśli chodzi o wynagrodzenie za pracę.

Przez jakiś czas miałam własne malutkie wydawnictwo, które jednak zamknęłam, kiedy weszły do Polski takie potęgi jak Bertelsmann. Żałowałam, że ostry kapitalizm zmusił mnie do zamknięcia mojej oficyny, mimo że współpracowały ze mną redaktorskie i tłumackie sławy, które znałam od lat. Była wśród nich Mira Michałowska – dziennikarka, felietonistka, pisarka, tłumaczka, pani exambasadorowa w Londynie i Waszyngtonie. Ale zdążyłam wydać 14 książek, wśród nich tom Przydługa teraźniejszość, ostatnią książkę Juliusza Żuławskiego, tłumacza, byłego prezesa PEN Clubu, który wiele lat wcześniej zainspirował mnie postacią H.D. Thoreau. Gdy w rozpadającym się PIW-ie urządzano pierwszy konkurs na dyrektora, koleżanki skłoniły mnie, bym w nim startowała. Wycofałam papiery po tygodniowym namyśle, ponieważ moja wiedza również musiałaby mi podyktować – gdybym wygrała konkurs – zwolnienie nie tylko koleżanek, ale prawie wszystkich 60 redaktorów merytorycznych. A nie chciałam, by to się stało moimi rękami.

fot. D. Domin
fot. D. Domin

Jak trafiłaś do Canal Plus? I dlaczego zajęłaś się tłumaczeniami audiowizualnymi?
We wczesnych post-PRL-owskich latach namawiał mnie dobry znajomy Henryk Dasko, dziennikarz mieszkający w Kanadzie, bym została redaktorką prowadzącą w kanadyjskim wydawnictwie Harlequin, które instalowało się w Warszawie. Bardzo doceniałam jego inicjatywę, ale miałam inne marzenia. I wtedy Mira Michałowska, która uważała, że należy mi się porządna posada, a nie tylko umowy o dzieło na przekłady kolejnych książek (miałam ich na koncie już niemal dwadzieścia), jesienią 1994 zasygnalizowała: „Telewizja Canal Plus dostała licencję, dzwoń tam, na pewno potrzebują redaktorki, która im zorganizuje tłumaczenia i opracowania filmów!”. Zadzwoniłam i… zostałam tam osiemnaście lat. Najpierw jako redaktorka i tłumaczka literatury pięknej, potem tłumaczka i redaktorka audiowizualna. Jako naczelna Redakcji Opracowań Filmów wprowadziłam nowoczesną metodę pracy w przeciwieństwie do TVP: nie dwie osoby a jedna robiła tłumaczenie i opracowanie dialogów lub komentarzy; nadzorowała też nagranie lektorskie. Praca tłumacza audiowizualnego to misterna robota i wielka odpowiedzialność, bo „siła rażenia” polszczyzny wylatującej z ekranu telewizora, gry komputerowej czy komputera jest przecież potężna. A jaki jest często poziom polszczyzny wielu „pospiesznych” nieprofesjonalnych tłumaczy? Jaki będzie, gdy AI w ogóle zastąpi tłumaczy? Oby do tego nie doszło! Obecne AI często tłumaczy dosłownie i popełnia podstawowe błędy, nawet myli rodzaje gramatyczne. Jako naczelna mojej redakcji musiałam ją stworzyć od podstaw. Na rynku działało może pięciu, góra piętnastu tłumaczy audiowizualnych, a my mieliśmy emitować miesięcznie 37 filmów fabularnych i 45 dokumentalnych, czyli tyle, ile wszystkie polskie stacje przedtem przez kilka lat, a nie w jednym miesiącu! Kto miał to zrobić? Przyprowadziłam więc znajomych tłumaczy z różnych wydawnictw i wszyscy razem uczyliśmy się obsługi tak kolosalnej produkcji, otwierające się studia opracowań filmów zaczęły gromadzić nielicznych specjalistów. Daliśmy radę: jakimś cudem niemożliwe stało się możliwe.

Jak ci się układała praca z tłumaczami audiowizualnymi?
Na początku było różnie. Na przykład jedna z niedoświadczonych tłumaczek tak przetłumaczyła dialogi, by oddać specyfikę gwary londyńskich cockneyów, że prawie każdy czasownik miał niegramatyczną końcówkę, typu „poszłem” zamiast „poszedłem”. Wyjaśniłam jej, że tego nie da się ani nagrać, ani potem słuchać, że zasada przekładania gwary czy dialektów jest inna. Zgłaszały się osoby, które „liznęły” angielskiego czy francuskiego i chciały tłumaczyć filmy. Byli też tacy, którzy udawali doświadczonych redaktorów… Specyfika i odpowiedzialność zawodu tłumacza niestety nie stały się powszechnie znane, jak na przykład zawód pianisty. A przecież tłumacz jest odpowiednikiem pianisty, tyle że interpretuje wypowiedzi słowne, nie muzyczne. Ale stopniowo udało mi się zgromadzić świetnych, odpowiedzialnych współpracowników. Z niektórymi przyjaźnię się do dziś. Robiliśmy też dubbingi na życzenie dyrekcji francuskiej. Wybierałam kilka filmów fabularnych miesięcznie, zatwierdzałam obsadę aktorską i odbierałam gotowy dubbing po kolaudacji. Pamiętam te znakomite wykonania, chyba wszyscy najlepsi polscy aktorzy podkładali głosy. Było to jednak bardzo drogie, niebawem więc dyrekcja ograniczyła produkcję do filmów dla dzieci. Jako pierwszy kanał telewizyjny w Polsce wprowadziliśmy też wersje napisowe, które wymagają osobnych umiejętności od tłumaczy audiowizualnych. Potem również opracowania dla niedosłyszących. Otwarcie w 1996 nowego kanału tematycznego, Planète, oznaczało dla mnie zorganizowanie opracowań wersji polskiej do 25 filmów dokumentalnych tygodniowo, co wymagało współpracy konsultantów naukowych! Zagraniczne filmy dokumentalne były wtedy w Polsce nowością, Canal Plus pierwszy emitował nie tylko National Geographic, Discovery czy Davida Attenborough, ale też najnowsze na świecie programy typu dziennikarstwa śledczego. Mieliśmy też własne studio nagrań lektorskich. Przychodzili tłumacze, nadzorowali nagrania, mieliśmy kilku doświadczonych lektorów, np. Krysię Czubównę, Piotra Borowca, Janusza Szydłowskiego. Notatki z tych osiemnastu fascynujących lat pokazują, że oprócz nadzoru nad jakością merytoryczną i artystyczną wszystkich opracowań wersji polskiej, wprowadzenia standardów do współpracujących studiów, osobiście skontrolowałam redakcyjnie około 10 tysięcy tekstów przed ich nagraniem. Przetłumaczyłam czy wymyśliłam też około 6 tysięcy tytułów filmów. Ale też wciąż się czegoś uczyłam.

A co wydarzyło się potem? Masz mnóstwo różnych zainteresowań.
Od 2013 jestem jakby na emeryturze. Mówię „jakby”, bo wróciłam intensywniej do spraw związanych z książkami, do PEN Clubu, na którego spotkania chodziłam od ukończenia studiów, a od 2000 jestem jego członkinią. Do zarządu wybrano mnie w 2016, a lata 2017-2020 to funkcja sekretarz generalnej organizacji. Fascynujący dla mnie był Światowy Kongres PEN w Indiach, w Punie (2018), gdzie spoczywa połowa prochów Mahatmy Gandhiego. Jest mi bliski, dzięki jego związkom z doktryną walki bez użycia przemocy głoszoną przez Thoreau w eseju Obywatelskie nieposłuszeństwo, na który Gandhi się powoływał. Ten esej na moją prośbę wznowił Rebis w 2006, napisałam specjalną przedmowę na rocznicę zniesienia stanu wojennego. Sporo teraz podróżuję. W 2013 wyjechałam na wolontariat do Jerozolimy, która zawsze jest dla mnie magnesem. Przez dziewięć miesięcy zjeździłam szmat Izraela i część Zachodniego Brzegu. Dobrze, że zdążyłam… Już w podstawówce marzyłam o podróżach do Afryki Wschodniej, pomieszkałam więc sobie w Dar es Salaam w Tanzanii całe trzy miesiące i jako wolontariuszka uczyłam angielskiego w szkole. Przedtem udało mi się być trzy razy w Kenii, ale już inaczej, bo na safari w tych parkach narodowych, które znałam z filmów. Czerwona afrykańska ziemia i zapach zawsze będą mnie nęciły bardziej niż cuda w innych rejonach świata. Ale do siedzenia całymi godzinami przy laptopie też wróciłam. Po pandemii zajęłam się głównie przekładaniem i prezentacją w ogóle nieznanych w Polsce poetek afroamerykańskich. Antologia Czarne diamenty. Toni Morrison i 9 innych poetek afroamerykańskich (ukazała się nakładem Pogranicza w 2023) zawiera 90 wierszy, w tym pięć Morrison, którą odkryłam jako autorkę chyba jedynie tych właśnie pięciu utworów poetyckich. Pozostałe panie to poetki i aktywistki z ruchu Black Arts. Zafascynowało mnie przejmujące świadectwo ich „poezji sprawczej”, jak później pisała o mojej antologii prof. Alicja Piechucka, amerykanistka z Uniwersytetu Łódzkiego. A co wcześniej? Wcześniej przełożyłam wiersze angielskiego poety Iana Lukinsa, znajomego z międzynarodowych spotkań literackich. Przetłumaczyłam 70 wierszy tego poety, inspirowanych obrazami Rafała Olbińskiego, zwabiłam polskiego wydawcę i w 2018 ukazał się piękny album – mieliśmy wielką promocję w Teatrze Wielkim i potem w londyńskiej Izbie Gmin. Niedawno skończyłam kolejny tom obejmujący pół setki wierszy nieznanych u nas rdzennych Amerykanów. Ma się niedługo ukazać, przybliżając rzeczywistość inną niż „złych Indian i dobrych kowbojów” tym, którzy czytają poezję, a wbrew pozorom jest takich osób naprawdę wiele. Przekonuję się o tym od ośmiu lat, prowadząc w PROM-ie Kultury Saska Kępa autorski cykl prezentujący poezję, do interpretacji której zapraszamy znanych aktorów. Fascynujące, to już ponad 70 programów, a wciąż mamy pełną salę i masę widzów w internecie, na FB bywa tysiąc, dwa tysiące. Uwielbiam to robić. Tymczasem czuję się wyróżniona, że ZAiKS przeprowadza ze mną ten wywiad. Jakby wywiad-rzekę. 

Zależało mi, żebyś opowiedziała o sobie, swoim życiu i zamiłowaniach. Niewielu ludzi może powiedzieć, że ma ciekawe życie, ale twoje było i jest fascynujące, inspirujące. Bardzo ci dziękuję za tę rozmowę.

Halina Cieplińska-Bitner
– tłumaczka, recenzentka literatury brytyjskiej i amerykańskiej, wydawczyni, redaktorka, tłumaczka dialogów do filmów, poetka. Jest pierwszą polską tłumaczką i popularyzatorką twórczości amerykańskiego myśliciela Henry’ego Davida Thoreau. Przełożyła ponad 25 książek, kilkanaście opowiadań, wiele filmów i wierszy. Współpracowała z „Twórczością”, „Literaturą na Świecie”, z Polskim Radiem, TVP, a także z telewizją Canal Plus. Członkini sekcji F i O ZAiKS-u.

#Artykuł z kwartalnika