
Filozofia zdjęć i życia
Tadeusza Rolke pożegnaliśmy w lipcowy dzień w stołecznym Kościele Środowisk Twórczych. 96 lat, piękny wiek! Ważniejsze – piękne życie. Wielki dorobek – ponad siedem dekad z aparatem fotograficznym w rękach. Podczas celebracji o ekumenicznym charakterze głos zabierali przyjaciele i oficjele, a także wnuczka jako przedstawicielka rodziny, matka trójki prawnucząt Tadeusza. Rolke wyróżniał się szczerością, prostotą, prawdą. On nigdy nie „sadził się”, nie snobował, nie dzielił znajomych na przydatnych i mniej znaczących. Lubił ludzi i był nimi autentycznie zaciekawiony. Jednocześnie pozostawał w kontaktach dyskretny i delikatny. Te cechy sprawiały, że chciało się z nim przebywać – a nie dlatego, żeby obcować z „ikoną fotoreportażu”.
Miał dystans do siebie, bliźnich i wydarzeń. Wydawało się, że nikt ani nic nie jest w stanie wytrącić go z równowagi. Ze stoickim spokojem obserwował dookolny świat. Nie okazywał emocji, co nie znaczy, że był pozbawiony głębszych uczuć. Krył się z nimi, bo znał ich wagę. Poza tym, był wierny w przyjaźni i lojalny wobec wszystkich tych, z którymi przyszło mu żyć lub współpracować. W towarzyskich okolicznościach nie podnosił głosu, bardziej pomrukiwał, w ogóle nie za często się odzywał, a gdy już, to wypowiadał się oszczędnie, na jednym tonie, z charakterystycznym nosowym brzmieniem, z którego sam się podśmiewał. Uważnie słuchał innych, a jeszcze baczniej się przyglądał. Kiedy go coś rozbawiło, wybuchał dławionym, jakby skrywanym śmiechem, którym natychmiast zarażał innych. Najczęściej był jednak poważny, skupiony na czynności, której aktualnie się poświęcał. Jasne, że najczęściej chodziło o fotografię. Ale mogło chodzić o kuchnię – bo Tadeusz lubił i umiał wspaniale gotować. W najgorszych czasach sklepowych niedoborów, czyli latach 80. – potrafił urządzić przyjęcia czy to dla wąskiego, wyselekcjonowanego grona, czy dla powernisażowej hałastry, spontanicznie zaproszonej do jego mikroskopijnego mieszkania na Mokotowie. Znalazł się tam w momencie, gdy każdy inny na jego miejscu korzystałby z wcześniejszych układów, kontaktów. Bo po dekadzie spędzonej w RFN Rolke wrócił do Warszawy w grudniu 1981 roku, zaniepokojony stanem zdrowia matki i ojczyzny. Rodzicielkę wkrótce pochował, a Polskę, w Polsce… pozostał na zawsze, choć odcinał się od realiów schyłkowej dekady PRL-u. Zresztą, zawsze żył na własnych warunkach, lekceważąc dobra materialne na rzecz bytowego luzu. I uczciwości – wobec partnerek, podejścia do zawodu i ogólnie, sposobu działania.
Sztuka, kultura i coś pomiędzy tymi dziedzinami i obyczajem – czyli moda – to był jego mentalny habitat. Schronił się tam po wojnie i po… oblanej maturze z matematyki. I uciekał później, po katastrofie stalinizmu i ponad rocznej odsiadce „za niewinność”, określoną jako „działalność wrogą ustrojowi”, a konkretnie za „posiadanie tekstów szkodliwych dla ustroju”, co niosło siedem lat w pudle. Karę skrócono wraz z amnestią w 1954. Ale to była lekcja, jak zachować człowieczeństwo, jak nie dać się złamać, jak nie zostać kapusiem. Kiedy wyszedł na wolność jako zwolniony warunkowo „przestępca polityczny”, wciąż pozostawał „wrogiem ludu”, bez szans na powrót na studia (historia sztuki na KUL i UW) ani na pracę na miarę umiejętności. Przygarnęły go Polskie Zakłady Optyczne jako robotnika niewykwalifikowanego. Nie było lekko, pobudka przed piątą rano, by na szóstą dotrzeć do fabryki na Grochowie, ale to tam nauczył się warsztatowej bazy fotografa. Przydało się. Po odwilży zadebiutował na łamach popularnych pism; pierwszy etat w „Stolicy”; najważniejsza współpraca z kultowym periodykiem „Ty i Ja”, gdzie objął działkę mody. Jednocześnie, w drugiej połowie lat 60. Tadeusz związał się z warszawską Galerią Foksal, ówczesnym pionierem awangardy. Tę karierę przerwał jego wyjazd do Hamburga, gdzie też mu się zawodowo powiodło (publikował zdjęcia we wpływowych tygodnikach opinii „Stern”, „Die Zeit”, „Der Spiegel”).
Nie posiadał aparycji ani wymowności Don Juana, ale kobiety lgnęły do niego, i to bez względu na zasobność portfela ani różnicę wieku, niekiedy nawet szokującą. Co sprawiało, że Tadeusz Rolke, białowłosy, kruchy starszy pan pociągał płeć przeciwną młodszą o kilkadziesiąt lat? Znów to samo: uczciwość uczuć. Kiedy kochał, gotów był dać wszystko, co posiadał. Nie targował się, wiedział, że Moja namiętność (taki tytuł nadał wywiadowi-rzece, który ukazał się nakładem Agory w 2016) to jedyny sens życia. Ale nie tylko w miłości grał w otwarte karty. Podobnie fair był w przyjaźniach; równie rzetelnie traktował wszelkie zobowiązania, umowy, zlecenia. W 2013 roku powstał niezwykły film-dokument Dziennik z podróży: zapis wakacyjnej peregrynacji po kraju leciwego fotografa z 15-letnim, pełnym pasji chłopakiem, którego uczy zawodu, a właściwie – sensu życia. To bardziej wykład filozofii niż szkoła robienia zdjęć. I taki obraz Tadeusza Rolke pozostanie mi w pamięci: człowieka, z którym chciało się pracować i przebywać. Z przekonaniem, że dobra praca to przygoda, a człowiek to przygoda do n-tej.





