W objęciach syntetycznej muzy

Magda Gacyk / Dolina Krzemowa
10.08.2022
Ilustracja: Nightcafe Creator
Ilustracja: Nightcafe Creator

Edmond de Belamy siedzi sztywno w ciężkich, złoconych ramach. Elegancko upozowany profilem, ściśnięty ciasnym surdutem, w nakrochmalonym kołnierzu, patrzy w przestrzeń. Wzrok ma niewyraźny. W ogóle niewyraźny jest. Rozmazany, bez wyodrębnionego nosa i ust. Wygląda jak zjawa.

Siedzi nieporuszony, nawet wówczas, gdy ostatnim uderzeniem młoteczka przybita zostaje jego cena. 432 500 dolarów!

Na tej samej aukcji w Christie’s, najpotężniejszym domu aukcyjnym na świecie, grafika Andy’ego Warhola zostaje sprzedana za 75 tysięcy dolarów, a jedno z dzieł Roya Lichtensteina trafia do kolekcjonera za cenę 87 tysięcy dolarów.

W tym znamienitym towarzystwie wybitnych płócien nijaka malarsko praca, stworzona przez sztuczną inteligencję, osiąga zdumiewająco wysoką cenę. Zaskoczeni są sami marszandzi Christie’s, spodziewający się sumy rzędu 7-10 tysięcy dolarów. Tyle, na ile do tej pory wyceniane były twory artystyczne AI (po polsku: SI czyli Sztucznej Inteligencji).

I nagle byle jaki portret bije rekordy cenowe. Nie malowany pociągnięciami pędzla, a wyprodukowany przez innowacyjne GAN, czyli Generatywne Sieci Współzawodniczące, pomagające algorytmom uczyć się wyobraźni, by te mogły tworzyć kreatywne obrazy czy też utwory muzyczne.

Algorytm kontra człowiek

W mediach: wrzawa. Że apokalipsa robotów, zmierzch ludzkości, ale może jednak nowy wspaniały świat, w którym – dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji – każdy będzie mógł stać się wyjątkowym twórcą.

Na salonach: wrzenie. Że upadek sztuki, degrengolada wysokiej kultury, ale może i też szansa na eksperyment, na komputerowo-ludzką hybrydę artystyczną.

W kuluarach: prawdziwe problemy. Że afera. Że kto ma dzielić się zyskami? Oraz że te zyski niebagatelne. I że do kogo należą prawa autorskie?

Początkowo sprawa wydawała się prosta. Pokaźną sumkę miał skubnąć dom aukcyjny Christie’s, reszta miała przypaść kolektywowi Obvious, bo za ideą spreparowania wizerunku nieistniejącego Edmonda de Belamy stało trzech paryskich artystów: Pierre Fautrel, Hugo Caselles-Dupré i Gauthier Vernier. To oni wymyślili nieistniejącego arystokratę, po czym nakarmili AI 15 tysiącami okazów sportretowanej szlachty, autorstwa największych mistrzów średniowiecznego i renesansowego malarstwa. I cierpliwie czekali, co algorytm wypluje w zamian.

Po rekordowej aukcji do grona chętnych do profitów dołączył Robbie Barrat, który udowadniał, że to linie kodów jego autorstwa przyczyniły się do powstania tak nowatorskiego portretu. Jego zdaniem liczyła się wartość oprogramowania, a nie pomysł Obvious. Programista opublikował w mediach społecznościowych korespondencję, z której wynikało, że kolektyw kilkukrotnie prosił go o pomoc i techniczne wsparcie.

Pojawiły się także głosy, że jakaś część pieniędzy powinna przypaść w udziale Ianowi Goodfellowowi, konstruktorowi oryginalnej architektury GAN, którą posiłkowała się sztuczna inteligencja.

Niedługo potem – w myśl porzekadła, że sukces ma wielu ojców, natomiast porażka jest sierotą – zaczęto przekonywać, że również Alec Radford, Luce Metz i Soumith Chintala na tyle ociosali, wycyzelowali i dopieścili pierwotny software, że i im należy się jakiś procent z prawie połowy miliona dolarów.

Dyskusja toczyła się długo i zawzięcie, ale ostatecznie cała suma powędrowała do francuskiego kolektywu.

Ta sama dyskusja równie zawzięcie toczy się nadal we wszystkich krajach rozwiniętych i przybiera na sile przy okazji kolejnych innowacji związanych z rozwojem AI. Dyskurs w kwestii praw autorskich dla sztucznej inteligencji dotyczy świadomości. Zwolennicy przyznania AI zdolności prawnej często ją antropomorfizują, uznając za zdolną do takiej samej kreacji jak homo sapiens. Przeciwnicy uważają ją jedynie za wysublimowane narzędzie w rękach człowieka.

Niedługo po tym, jak w Wielkiej Brytanii Edmond de Belamy zawisł w złoconym obramowaniu, Stephen Thaler wystąpił do Biura Praw Autorskich USA, aby uznało indywidualne prawa autorskie jego „Maszyny Kreatywności”, malarskiej sztucznej inteligencji. Thaler napakował AI danymi uzyskanymi z umierającego syntetycznego mózgu. Maszyna przetwarzała zero-jedynki w wizje artystyczne, ostatecznie produkując cykl ilustracji „Ostatnie wejście do raju”.

Właściciel algorytmu nie tylko starał się o uznanie AI jako samodzielnego bytu, ale jednocześnie złożył podanie o uznanie go za „pana” sztucznej inteligencji, któremu przypadałyby wszystkie potencjalne korzyści z tworów działalności – jak to określił – „najemnika”.

Od tego czasu Biuro już czterokrotnie odrzucało podania Thalera, za każdym razem podając jeden i ten sam argument: brak „elementu ludzkiego” w obrazach „Maszyny Kreatywności”.

Thaler nie zamierza się poddać. Uważa, że najbliższa przyszłość wymusi zmianę prawa, bo technologie galopują, AI jest coraz doskonalsza i ów przytaczany przez prawodawców amerykańskich „element ludzki” stanie się niedługo immanentną cechą inteligentnych algorytmów.

Ten „rys człowieczy” stanie się tym trudniejszy do oszacowania, im szybciej będzie rozwijała się syntetyczna biologia łącząca software (oprogramowanie) z wetware (żywymi komórkami zarządzanymi przez program). Już kilka lat temu naukowcy stworzyli pierwsze xenoboty: malutkie biologiczne automaty, które początkowo potrafiły się jedynie przemieszczać z miejsca na miejsce oraz transportować niewielkie ładunki, ale z czasem zostały wyposażone w rudymentarną pamięć i zaczęły wykonywać coraz bardziej skomplikowane zadania, również koordynując się w grupach. W tej chwili potrafią się już replikować. Niedługo – jak wieszczą futurolodzy – będą zupełnie samodzielnie tworzyć.

Moment, w którym eksperci prawa, w tym prawa autorskiego, zaczną mieć trudności w rozgraniczeniu tego, co człowiecze, a co nie, nadchodzi szybciej, niż się spodziewają.

W USA specjaliści twardo jednak stoją w tej chwili na stanowisku, że sztuka pozostaje domeną wyłącznie naszego gatunku. Uzasadnienie pozostaje takie samo jak w przypadku prawnej dysputy dotyczącej kreatywnych wytworów zwierząt, a w szczególności selfie zrobionego przez makaka czubatego w Indonezji. Fotka wyszczerzonej małpki stała się wiralem i do sądowej batalii do uzyskania praw do zdjęcia rzucili się: brytyjski fotograf David Slater, do którego należał aparat fotograficzny, blog „Techdirt”, który pierwszy opublikował zdjęcie, Wikimedia (firma-matka Wikipedii), która fotografię rozpowszechniła, oraz organizacja broniąca praw zwierząt PETA, domagająca się uznania podmiotowości makaka. Na scenie pojawili się adwokaci, prokuratorzy, sędziowie. Problem z rozprawy na rozprawę stawał się coraz bardziej zawikłany.

Sprawa w różnych odsłonach ciągnie się od 2011 roku. Zmieniają się rodzaje powództwa i pozwy, natomiast już na samym początku z całego prawnego rozgardiaszu wyrugowana została... małpa.

Na placu boju, walcząc o 10 tysięcy funtów zysku, pozostali ludzie.

Zwierzęta – zawyrokował sąd – nie mają i nie powinny mieć praw autorskich. W interpretacji ponownie pojawiło się określenie „brak czynnika ludzkiego”.

Ameryka konsekwentnie odmawia przyznania praw autorskich podmiotom innym niż ludzie, natomiast „wolnoamerykanka” pod tym względem panuje w Rosji.

W odpowiedzi na zachodnie sankcje nałożone po inwazji na Ukrainę, Kreml opublikował dokument, który zapowiada zniesienie jakichkolwiek restrykcji za piratowanie technologii. Moskwa nigdy przesadnie nie przejmowała się prawami autorskimi czy prawami własności intelektualnej. Jeszcze w 1996 roku, a zatem rok po przystąpieniu do Konwencji Berneńskiej o respektowaniu praw autorskich, według gazety „The Moscow Times” na rosyjskim rynku 91 procent oprogramowania stanowiły nielegalnie kopie.

To zjawisko, również dotyczące algorytmów SI, będzie się teraz nasilać. Media rządowe w Rosji piszą o „wyższej konieczności” (telewizja „RT”) i „potrzebie wspierania narodowej gospodarki” („Kommiersant”) wszelkimi sposobami, również poprzez piratowanie technologii. Także takiej, która jest w stanie tworzyć dzieła uznane przez opinię publiczną za artystyczne.

Jeśli na jednym krańcu tego spektrum plasuje się USA, Australia i Wielka Brytania, a na drugim Rosja i Chiny, to Polska znajduje się gdzieś pośrodku, posiłkując się w rozwikływaniu tego typu zagadnień „miękkimi rekomendacjami” Unii Europejskiej oraz krajowym prawodawstwem.

Dwa lata temu Bruksela wydała tzw. Białą Księgę dotyczącą problematyki sztucznej inteligencji. Dokument ten ogniskuje się jednak zasadniczo na kwestiach etycznych, związanych z AI, a nie rozwiązaniach prawnych. Z kolei w polskim prawie – według art. 8 ustawy o prawie autorskim – tylko twórca może być właścicielem praw autorskich. Definicja „twórcy” nie jest jednak wystarczająco precyzyjna, by – bez żadnych wątpliwości – wyeliminować z niej sztuczną inteligencję. I w jednym, i w drugim przypadku pozostaje sporo wolnej przestrzeni do interpretacji.

Takich wahań interpretacyjnych wydają się nie mieć Indie, gdzie – niespełna rok temu – zarejestrowano sztuczną inteligencję jako współautora obrazu. Ankit Sahni, który opracował „aplikację malującą” RAGHAV, twierdzi, że jest ona pierwszą AI na świecie, która otrzymała takie prawa. W wywiadzie dla portalu „Managing IP” mówił: „ Chociaż obecnie ustawodawstwo dotyczące AI jest kulawe i ma niepotrzebne ograniczenia, to sam akt uznania sztucznej inteligencji za współtwórcę świadczy o nadejściu nowej epoki, którą rządy wszystkich krajów na świecie będą musiały zaakceptować”.

I podkreślał, że będzie dążył do tego, by w przyszłości inteligentne algorytmy nie dzieliły tych praw z ludźmi, a miały je na wyłączność.

Tymczasem postęp technologiczny nie zwalnia i legaliści zaczynają dostawać zadyszki, nie nadążając z rozwiązywaniem spornych kwestii związanych z innowacjami.

Coraz głębiej wchodzimy w erę mediów syntetycznych, gdzie informacje, opisy produktów, reklamy, blogi oraz teksty literackie piszą generatory tekstu (jak coraz bardziej wszechstronny GPT3), prezentują je syntezatory mowy (jak polska Ivona), skomplikowane suity oraz rytmiczne utwory hip-hopowe komponują zaawansowane programy muzyczne (jak Aiva czy PlayBeat), a realistyczne, wirtualne awatary znanych postaci tworzą oprogramowania do obróbki obrazu (jak FaceApp czy Zao).

Objęcia syntetycznej muzy zaciskają się coraz bardziej.

Inne artykuły

Pokazuj
Wszystkie

Nie ma więcej artykułów

Nie ma więcej artykułów
#Artykuł z kwartalnika